Rozmowa z Krzysztofem Kalickim, prezesem Deutsche Bank Polska
Czy obniżone spready i uwzględniony ujemny LIBOR w oprocentowaniu kredytów frankowych to wystarczająca oferta ze strony banków, by uznać sprawę ulżenia frankowiczom za zamkniętą?
Reklama

Reklama
To daleko idący program. Mówimy nie tylko o obniżaniu spreadów, lecz także o restrukturyzacjach, które będą dokonywane bezprowizyjnie, i utrzymaniu przez banki poprzednich zabezpieczeń. W wielu punktach sektor bankowy chce wyjść naprzeciw frankowiczom i wierzę, że to zadanie do rozwiązania przez banki, a nie polityków, którzy są już niemal w trakcie kampanii wyborczej.
Każdy ma ostatnio coś do powiedzenia na temat franka. Kto teraz prowadzi tę debatę i kto podejmie ostateczną decyzję?
Jeżeli nie będzie jakichś zmian natury konstytucyjnej lub ustawowej, to będzie to spoczywało na barkach banków. Część ciężaru odpowiedzialności może też przypaść na ministra finansów. Stanie się tak, gdy pojawi się kwestia ewentualnego podatkowego traktowania różnych przepływów. Część zostanie na barkach nadzoru bankowego. Mam tutaj na myśli kwestię zaakceptowania tych zabezpieczeń, które były wykorzystane do tej pory. Ostatnia część zostanie w rękach banku centralnego, dlatego że w zależności od polityki pieniężnej złoty będzie się umacniał lub osłabiał względem franka.
„Der Spiegel” postawił pytanie, czy waluty takich krajów jak Polska i Dania nie będą celem ataku spekulacyjnego.
Znam tę opinię. Nie można nigdy wykluczyć, że jakieś fundusze i światowi inwestorzy mogliby takiego ataku dokonać, ale przypomnę, że była już taka próba i kraj się wybronił. Mamy dosyć duże rezerwy walutowe, dobrą sytuację gospodarczą i nie ma powodu, by szukać dodatkowych korzyści w założeniu, że kraj nie poradzi sobie z takim atakiem. Nie ma też podstaw do tego, by Polska waluta się osłabiała.
Wspomniał pan, że minister finansów będzie mógł dołożyć swoją cegiełkę do rozwiązania kryzysu frankowego. Tymczasem kilka dni temu w radiowej Jedynce Ewa Kopacz twierdziła, że pomaganie frankowiczom będzie się odbywało z finansów banków, a nie budżetu. Jak połączyć te dwa, na pierwszy rzut oka, sprzeczne rozwiązania.
Nie wiem, czy to jest sprzeczne. Nikt – ani rząd, ani banki nie zamierzają subsydiować kredytów we frankach. Chcemy tylko rozwiązać problem obciążeń, które wiążą się ze zmianą kursu franka. Dlatego jesteśmy gotowi rozciągnąć na dłuższy okres kredyty frankowe, zawężamy spready, by koszt wymiany walutowej był niższy, i rezygnujemy z różnych prowizji związanych ze zmianą zabezpieczeń. Innymi słowy robimy, co się da przy wykorzystaniu takich instrumentów, które są w naszej dyspozycji. Chcę podkreślić, że banki nie zarobiły na zmianie kursu franka. Z jednej strony w bilansie mamy kredyty w złotych indeksowane na franka, a z drugiej zobowiązania we frankach, które zaciągaliśmy po to, by tych kredytów udzielić. Inaczej mówiąc nasza pozycja walutowa była wyzerowana, co oznacza, że gdy kurs franka się zmienił, to o tyle wzrosły nasze należności wyrażone w złotych w odniesieniu do kredytów we frankach, o ile wzrosły nasze zobowiązania.
A ile one wyniosły w przypadku Deutsche Banku w Polsce?
My mamy ok. 1,5 mld zobowiązań we frankach i tyle samo mamy należności w złotych indeksowanych na franka. Zarzucanie bankom, że zarobiły na zamieszaniu kursowym, to straszny populizm i walka lobbistyczna, jak wyrwać dla kolejnej grupy pieniądze z budżetu.
Czy polski sektor finansowy jest zagrożony w wyniku tego ruchu walutowego?
My pożyczaliśmy te franki w okresie, gdy był boom na kredyty indeksowane we frankach. Zamienialiśmy franki na złote i sprzedawaliśmy franki do banku centralnego na rynku dewizowym. Następnie oddawaliśmy złote klientom w postaci kredytów, jednocześnie indeksując umowy we frankach, bo my te franki musimy zwrócić.
I też zwracacie je co miesiąc, tak jak kredytobiorcy?
Zwracamy je tak, jak zapadają nasze kolejne raty i zobowiązania. Co więcej, mamy jeszcze ryzyko refinansowania. Proszę pamiętać, że kredyty były udzielane na 10, 15, 20, 25 lat, a czasami więcej. A my finansowanie otrzymywaliśmy zwykle na okresy średnioterminowe, czyli od 5 do 10 lat.
Czy ta historia hipoteczna będzie się jeszcze ciągnęła? Ceny mieszkań spadły, a niektóre rodziny nie są w stanie wycofać się z tych inwestycji. Czy taki obraz będzie nam towarzyszyć jeszcze przez dłuższy czas?
Myślę, że tak. Ludzie są w różnych sytuacjach. Niektórzy zaciągali w przeszłości duże zobowiązania, nabywając mieszkania o bardzo dużych powierzchniach, często nieproporcjonalnie dużych do potrzeb i możliwości. Tutaj pojawiały się sytuacje losowe, gdy ktoś np. tracił pracę i miał problem w zrefinansowaniu kredytu i spłacie rat. Wtedy w grę wchodzi rozmowa z bankiem i restrukturyzacja. Szukamy takiego rozwiązania, które albo spowoduje spłacanie środków, albo znalezienie takich rozwiązań, które pomogą rozciągnąć spłatę w czasie.
Czy ze swojej perspektywy widzi pan, że ten problem z frankami narasta? Czy nadchodzi moment, w którym trzeba będzie podjąć ważne decyzje, czy to tylko przejściowy kłopot, który minie?
Trudno powiedzieć. Kredyty we frankach zaciągały osoby raczej lepiej sytuowane. Poza tym już od 2006 r. mieliśmy rekomendację S, która nakazywała bankom liczenie 20 proc. buforu przy udzielaniu kredytów w walutach obcych w stosunku do kredytów złotowych. Więc też nie jest prawdą, że udzielanie kredytów we frankach było łatwiejsze niż kredytów w złotych. Ocena zdolności kredytowej osób, które zaciągały kredyty we frankach, była wyższa niż w przypadku kredytów w złotych. Trzeba też pamiętać, że kredyty frankowe spłacały się i spłacają lepiej niż kredyty w złotych.
Europejski Bank Centralny, tak jak obiecywał, uruchomił program luzowania ilościowego. Nie jest pan rozczarowany, że w tym programie znalazło się coś, co jeden z analityków anglosaskiego banku określił mianem „bałkanizacji EBC”, tzn. że proces luzowania będzie prowadzony przez każdy z banków centralnych na swoim rynku. To jest początek rozpadu strefy euro?
Historia uczy, że rozpady różnych stref walutowych miały miejsce zarówno w XIX, jak i w XX w. Nie ma jednak żadnej woli politycznej, by doszło do rozpadu eurozony i robi się wszystko, by ją podtrzymać. Natomiast wracając do poprzedniego wątku – sam Mario Draghi, prezes EBC, potwierdził, że cała operacja luzowania ilościowego jest ryzykowna. Skoro jest ryzykowna, to pytanie, kto ma ponosić ryzyko.
Jakie są skutki luzowania?
Z założenia zwiększa ono podaż pieniądza i musi doprowadzić do osłabienia kursu euro do innych walut.
To już widzimy. A czy to może być zagrożenie dla polskich eksporterów, którzy handlują głównie z UE?
Na ten moment ruch w kursie nie jest na tyle duży, by hamować polski eksport. Różnice musiałyby być znacznie większe, by było to odczuwalne.