Reklama
W maju europosłowie będą głosować nad regulacją nakazującą, by sprzedawane w Unii Europejskiej smartfony i inne niewielkie urządzenia elektroniczne wszystkich producentów były wyposażone w ten sam rodzaj złącza do podłączenia ładowarki: USB-C.
Projekt dyrektywy zatwierdził w ubiegłym tygodniu Komitet Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO). Chodzi o to, aby konsumenci nie potrzebowali nowej ładowarki i kabla przy każdym zakupie sprzętu i by mogli używać jednej ładowarki do wszystkich swoich urządzeń elektronicznych. Nie kupując zbędnych zasilaczy, obywatele Wspólnoty mogą według Komisji Europejskiej zaoszczędzić 250 mln euro rocznie.
– Jak każda tego typu regulacja, ta również będzie dla branży pewnym wyzwaniem. Nie spowoduje jednak rewolucji, bo rynek ładowarek jest już dość zunifikowany – komentuje Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska zrzeszającego importerów i producentów sprzętu elektronicznego. – Ten proces odbywa się w sposób naturalny i tylko Apple trwa w kontrze do głównego nurtu – dodaje.
Obecnie na terenie Unii Europejskiej liczą się trzy rodzaje portów do ładowania telefonów komórkowych i innych niewielkich urządzeń mobilnych. W przypadku sprzętu z systemem operacyjnym Android jest to właśnie USB-C albo starszy mikro USB. Natomiast urządzenia firmy Apple (iOS) mają złącze Lightning.

Reklama
Port USB-C został wybrany na unijny standard, gdyż na Starym Kontynencie przeważają smartfony z Androidem. – Odejście od mikro USB nie stanowi problemu, bo pod tym względem i tak następuje już wymiana generacyjna. Dlatego wpływ nowych przepisów na androidowe smartfony będzie niewielki – mówi Kanownik. – Oczywiście zmiany dotkną też obrotu sprzętem używanym, siłą rzeczy wyposażonym w starsze, niejednolite ładowarki. Ponieważ jednak projekt przewiduje dwuletni okres przejściowy, to ułatwi dostosowanie się – uważa.
Problem będzie miał amerykański Apple, który w produktach przeznaczonych na rynek europejski będzie musiał zrezygnować z portu stanowiącego jeden z wyróżników tego sprzętu. Amazon, inny amerykański big tech, oferujący m.in. czytniki książek elektronicznych, dostosował się już do trendu stworzonego przez większość producentów smartfonów z Androidem i w najnowszym modelu Kindle’a wprowadzonym na rynek w październiku 2021 r. (Paperwhite 5) złącze mikro USB zamienił na USB-C.
Koronnym argumentem za jedną ładowarką jest ograniczenie ilości elektrośmieci. KE szacuje, że z wyrzucanych urządzeń tego typu zbiera się rocznie ok. 11 tys. ton odpadów.
Ograniczenie masy elektrośmieci jest też argumentem przeciwko dyrektywie: bo na śmietnik trafią wtedy niekompatybilne ładowarki. Firma Apple uważa ponadto, że nakaz stosowania jednego rodzaju złącza „negatywnie wpłynie na innowacyjność, zamiast ją pobudzać, co w efekcie zaszkodzi konsumentom”.
Po zatwierdzeniu projektu przepisów przez PE konieczne będzie uzgodnienie ich ostatecznego kształtu z rządami państw członkowskich. Dopiero wtedy standaryzacja ładowarek stanie się faktem. Europosłowie sugerowali takie rozwiązanie od lat, ale Komisja Europejska dość długo czekała, aż producenci telefonów komórkowych i innego sprzętu załatwią sprawę we własnym gronie. Dopiero we wrześniu ub.r. przedstawiła propozycję regulacji. Na tej podstawie w końcu stycznia tego roku Rada przyjęła stanowisko negocjacyjne.
Przepisy, które w maju trafią na plenarne obrady europarlamentu, oprócz smartfonów dotyczą też m.in. tabletów, słuchawek i głośników oraz konsoli do gier wideo. Zwolnione z obowiązku standaryzacji będą tylko urządzenia za małe na port USB-C, np. inteligentne zegarki. Regulacja w ogóle nie obejmuje większego sprzętu – tzn. laptopów.
– Pytanie, jakie będą dalsze kroki Komisji Europejskiej w dziedzinie ładowarek – zastanawia się Michał Kanownik. – Czy zakończy prace na poziomie telefonów komórkowych, czy też weźmie się również za laptopy. Na razie nie mamy żadnych sygnałów o rozpoczęciu prac w tym kierunku, wydaje się to jednak naturalną konsekwencją obecnie procedowanej regulacji. Gdyby rzeczywiście doszło do standaryzacji ładowania laptopów, stanowiłoby to duże wyzwanie dla branży, gdyż zróżnicowanie modeli ładowarek do tych urządzeń jest większe – mówi prezes ZCP. ©℗
Większa ochrona internautów
Parlament Europejski i Rada osiągnęły w piątek porozumienie polityczne w sprawie kodeksu usług cyfrowych (Digital Services Act – DSA). To jeden z ostatnich kroków do wprowadzenia unijnych reguł gry dla platform internetowych, w tym Google’a, Facebooka i Amazonu.
DSA zmusi je m.in. do usuwania nielegalnych treści czy produktów niezwłocznie po zgłoszeniu takiego przypadku. W karby zostanie ujęta też reklama w sieci: internauci zyskają większą kontrolę nad sposobem wykorzystywania ich danych osobowych, a reklama targetowana (skierowana do wybranych grup) będzie zabroniona w odniesieniu do danych wrażliwych (jak religia, orientacja seksualna itp.). Największa ochrona obejmie nieletnich, m.in. poprzez całkowity zakaz targetowania. – Zagwarantowaliśmy w końcu, że to, co nielegalne poza internetem, będzie też nielegalne w internecie – podkreśla europosłanka Christel Schaldemose, sprawozdawczyni DSA.
Kary za łamanie nowych przepisów mogą sięgnąć 6 proc. globalnych obrotów internetowych platform, a powtarzające się naruszenia – spowodować zakaz prowadzenia działalności w UE. Ponadto w czasie kryzysu – jak zagrożenie bezpieczeństwa publicznego lub zdrowia – Komisja Europejska będzie mogła wymagać od bardzo dużych platform podjęcia specjalnych działań, by walczyć z dezinformacją.
Jak podaje biuro prasowe PE, 23–27 maja europosłowie odwiedzą Metę (właściciela Facebooka), Google’a i inne firmy z Doliny Krzemowej, aby omówić planowane regulacje. W cytowanym przez Reutersa stanowisku Google stwierdził, że czeka na możliwość współpracy z europejskimi decydentami, aby ustalić „szczegóły techniczne” nowego prawa.
Konieczne jest też jeszcze formalne zatwierdzenie kodeksu przez Europarlament i Radę. DSA wejdzie w życie w 2024 r.
Elżbieta Rutkowska