Każda firma dąży do zduszenia konkurencji. Jednak gdy jej się to udaje, cierpią na tym konsumenci. Kto jest w stanie przywrócić równowagę? Tylko państwo. Bo to ono dba jeszcze o zdrową rywalizację na rynku.
Andreas Schwab mógłby być menedżerem Google. Energiczny i wygadany czterdziestolatek jest jednak politykiem niemieckich chadeków. I od dobrych kilku lat najtwardszym krytykiem giganta z Mountain View. Przygotowany przez niego projekt rezolucji europarlamentu wyraża nie tylko zaniepokojenie, ale wręcz strach przed dominacją amerykańskiego giganta, i sugeruje sposoby rozwiązania problemu. Z podziałem firmy włącznie. – Nie jesteśmy przeciwni Google z powodów ideologicznych. Jesteśmy przeciwko monopolom – podkreśla inicjator akcji.
Reklama

Reklama
Inicjatywa trafiła na podatny grunt. W przeprowadzonym pod koniec listopada głosowaniu została przegłosowana znaczącą większością głosów. Problem w tym, że ani europarlamentarzyści, ani Komisja Europejska nigdy jeszcze nie dzielili prywatnej firmy – i właściwie nie mają do tego uprawnień. Dlatego inicjatorzy rezolucji szukają ratunku u twórców przepisów dotyczących ochrony konkurencji na europejskim rynku oraz organów antymonopolowych.
Jaki jest Google, każdy widzi. Wyszukiwarka obsługuje dziś 90 proc. zapytań w Europie i daje jej to potęgę, jakiej nie miała żadna inna firma. Eurodeputowani żądają, by przyjrzeć się w szczególności czterem polom aktywności: sposobowi prezentacji wyników wyszukiwania w porównaniu z innymi wyszukiwarkami, kopiowaniu treści z innych serwisów internetowych (np. zawierających recenzje usług czy towarów), wyłączności Google na umieszczanie reklam przy wynikach wyszukiwania i konsekwencjom, jakie firma wyciąga wobec reklamodawców, gdy decydują się oni prowadzić kampanie również w innych wyszukiwarkach. Już w samych pytaniach zawarte są więc sugestie, w jaki sposób Google wykorzystuje rynkową przewagę.
Praktyki te nie są w przypadku Google niczym nowym – dochodzenie w sprawie nadużywania sieciowej potęgi trwa od czterech lat, a skargi napływają nawet dłużej. Wśród ok. 20 konkurentów firmy Brina i Page’a, którzy zdecydowali się prosić o interwencję Brukseli, są tacy giganci, jak: Deutsche Telekom, Microsoft, Expedia, serwis TripAdvisor czy niemiecki koncern medialny Axel Springer. Tyle że dotychczasowe próby dobrania się Google do skóry spełzły na niczym. – Microsoft był obiektem śledztwa przez 16 lat, cztery razy dłużej, niż trwa dochodzenie w sprawie Google, a mamy z nim więcej problemów, niż nazbierało się przez te lata z MS – przyznał bezradnie tuż przed odejściem ze stanowiska unijny komisarz ds. konkurencji Joaquin Almunia.
Ironia losu, to Microsoft przecież – w wyniku wspomnianego śledztwa – musiał zapłacić 700 mln dol. kary za nieczyste chwyty przy promowaniu wyszukiwarki Internet Explorer oraz ich zaprzestać. Eksperci nie wykluczają, że również dochodzenie w sprawie kalifornijskiego koncernu może się zakończyć podobnie – tyle że w grę wchodzą sumy sięgające nawet 5 mld dol.
Ba, nie jest rzadkością przekonanie, że cała awantura wybuchła nie w imieniu konsumentów – ci przecież doskonale wiedzą, że wyszukiwarka jest jeszcze jednym produktem komercyjnym, a nie dobrem publicznym, i jako taki ma prawo oferować „klientom” (a nie „internautom”) inne swoje produkty. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie, by zaczęli używać innego produktu. Za sprawą kryje się wyłącznie rynkowa rozgrywka. – Amerykańskie spółki technologiczne grają na bardzo małym boisku – podkreśla Bert Foer, kierujący Amerykańskim Instytutem Antymonopolowym. – I ich rynkowe zagrywki mogą być najszybsze i najmocniejsze w tych jurysdykcjach, w których obowiązują bardziej przyjazne ich celom przepisy – dodaje. Sekundował mu anonimowy unijny urzędnik, który miał powiedzieć dziennikarzom Reutersa: „Amerykańskie spółki używają Komisji Europejskiej jako pola bitwy między sobą. To one wnoszą skargi”.

Próbujemy trafić w ruchomy cel

Firma odpierała ataki zwięzłymi oświadczeniami. „Te wezwania nie mają oparcia w ustaleniach Komisji Europejskiej ani w podobnym dochodzeniu przeprowadzonym przez Federalną Komisję Handlu w Stanach Zjednoczonych” – skwitował lakonicznie w e-mailu do „Wall Street Journal” Antoine Aubert z brukselskiego biura firmy. Od początku listopada koncern ma też sojusznika w Komisji Europejskiej – jest nim Guenther Oettinger, nowy komisarz UE ds. gospodarki cyfrowej, który publicznie zapowiedział, że nie dopuści do rozbicia firmy. Po głosowaniu w europarlamencie koncern nabrał wody w usta. Strategia to mało spektakularna, za to skuteczna: Google ma przewagę w sporze zarówno ze swoimi rywalami, jak i politykami. – Śledztwo w ciągu czterech lat zmieniało formę – mówił swego czasu Almunia. – Cały czas ją zmienia. Próbujemy trafić w ruchomy cel. To niełatwe. Dochodzenie amerykańskich władz skończyło się niczym – kwitował.
Zwolennicy złamania rynkowej dominacji Google nie mają dziś zresztą za Atlantykiem zbyt wielu sojuszników, przynajmniej na eksponowanych stanowiskach. Politycy w Kongresie raczej niechętnie patrzą na europejską batalię między Brukselą a Mountain View. „Jestem zmartwiony tą inicjatywą” – napisał w liście do eurodeputowanych przewodniczący komisji prawniczej Izby Reprezentantów, republikański kongresmen Bob Goodlatte. „Zachęca ona do działań antymonopolowych, które motywuje bardziej polityka niż rzeczywiste i prawne uwarunkowania” – dorzucił.
Sojuszników Bruksela znajduje jedynie między aktywistami, blogerami i wśród części ekspertów. Swoje poparcie wyraziła m.in. organizacja Consumer Watchdog, która cztery lata temu skarżyła się na działania giganta w amerykańskim Departamencie Sprawiedliwości. „Czas już podzielić Google!” – wzywał też w ubiegłym roku na łamach „Financial Times” Richard Sennett, badacz London School of Economics i New York City University. „Ta firma stała się zbyt potężna. A stwierdzenie, że nie można pozwolić, by prywatna spółka stała się Lewiatanem, to przecież nic nowego” – dodawał. „Osobiście uważam, że Google powinien zostać rozbity na trzy firmy, by internetowy ekosystem stał się bardziej sprawiedliwy” – rozważał z kolei Geoff Livingston, specjalista od nowych mediów i doradca firm z listy Fortune 500. „Pierwsza to wyszukiwarka jako osobny produkt. Druga to produkty software: Gmail, Android, YouTube, Chrome, Feedburner i inne aplikacje. A Google III to spółki produkujące hardware: Glass, Motorola, Nest” – opisywał.
Argumentów za rozbiciem Google za oceanem więc nie brak. Próby uderzenia w interesy giganta podejmowali tam też niektórzy rywale giganta, np. w 2009 r. do Departamentu Sprawiedliwości z pozwem o monopolizowanie rynku poszła spółka TradeComet.com. Na razie jednak próby podcinania potęgi koncernu spaliły na panewce. Raz, że Google nie ma w USA aż tak silnej pozycji (ok. 65 proc. wyszukiwań), dwa – istnieje zasadnicza różnica prawna. – Google robi w USA dokładnie to samo co w Europie. Tylko w Stanach jest pierwsza poprawka zapewniająca wolność słowa. A zasadniczo wyniki wyszukiwania są prawnie uznawane za wypowiedź – tłumaczył na antenie amerykańskiego radia publicznego dziennikarz i ekspert od nowych technologii David Meyer. – Z powodu prawa do wolności wypowiedzi nikt nie jest w stanie wpłynąć na praktyki firmy. W Europie również panuje wolność słowa, ale ma mniejsze znaczenie, gdy zestawia się ją z innymi przepisami – dodawał.

Te walki zatarły mi się w pamięci

„Przed przemysłem naftowym otwierały się coraz szersze możliwości. (...) Kapitał rósł, a wraz z nim rosło nasze przedsiębiorstwo. Ale nasza naczelna dewiza była zawsze ta sama: najlepsze produkty po najniższych cenach” – opowiadał sędziwy już John D. Rockefeller Antoniemu Zischce, autorowi wydanej w 1936 r. książki „Nafta rządzi światem”. „Starzec mówi to wszystko jakby mimochodem, nie przerywając sobie gry w golfa. Nie wspomina jednak o metodach, jakie stosował jego trust w interesach” – dorzuca już od siebie Zischka. A więc o kupowaniu poprzez słupy akcji konkurencyjnych towarzystw w 1882 r., zakulisowemu wpływaniu na Kongres czy związku z baronami kolejowymi. „Baronów tych uczynił akcjonariuszami swojego trustu i tą drogą uzyskał tajne ulgowe taryfy transportowe, które innym firmom uniemożliwiały wszelką konkurencję ze Standard Oil. Zmonopolizował w swoim ręku cały handel naftą, i to nie tylko w obrębie Stanów Zjednoczonych, ale niemal na całym świecie” – pisał Zischka.
Potencjalne próby ukarania Standard Oil okazywały się niewypałami. Noga podwinęła się Rockefellerowi dopiero w 1911 r., gdy decyzją Sądu Najwyższego firma została rozbita na 34 mniejsze. – Prezydent Theodore Roosevelt wytoczył całą posiadaną artylerię przeciw tej firmie i innym grupom przemysłowym, które kontrolowały bramy do innowacji technologicznych – przypomina po latach Richard Sennett. – Owszem, Google to innowator, ale Standard Oil w swoim czasie też nim było. Gdyby Roosevelt dzisiaj żył, wierzę, że skoncentrowałby się na Google'u, Microsofcie i Apple. Potrzebujemy takich polityków – apeluje.
Rzeczywiście, sprawa Standard Oil była precedensem. Na równie głośną trzeba było czekać przeszło pół wieku: na początku lat 70. pojawiły się kontrowersje dotyczące działalności telekomunikacyjnego giganta AT&T. Przez lata firma ta była uważana za naturalnego monopolistę – jedynego posiadacza wynalazku, który umożliwiał telefonowanie. Podejmowane przez rywali próby wchodzenia na rynek kończyły się fiaskiem, zarówno wskutek dominacji AT&T, jak i obojętności polityków i prawników, co kończyło się tym, że usługi telefoniczne były drogie. W końcu udało się: dzięki ujawnieniu, że jedna ze spółek potentata po cichu subsydiuje prąd potrzebny dla systemu, a więc w niedopuszczalny sposób łamie przepisy. Walka w sądach nie była łatwa, koncern stawiał czoła prokuratorom przez dobrą dekadę. W końcu AT&T zostało podzielone na siedem firm (przetrwały trzy, wśród których jest też dzisiejsze AT&T), a rynek komunikacyjny z dnia na dzień eksplodował.

Prezydent Theodore Roosevelt wytoczył całą posiadaną artylerię przeciw grupom przemysłowym, które kontrolowały bramy do innowacji technologicznych. Owszem, Google to innowator, ale Standard Oil w swoim czasie też nim było. Gdyby Roosevelt dzisiaj żył, wierzę, że skoncentrowałby się na Google, Microsofcie i Apple

W ciągu ostatniego stulecia można by mnożyć podobne przypadki. Firma Kodak, która w swojej historii miała taki moment, w którym odpowiadała za sprzedaż 96 proc. aparatów i klisz fotograficznych na terytorium USA, kilkakrotnie musiała bronić swojego imperium przed sądami. W pierwszym przypadku zmuszono ją do sprzedawania produktów wyłącznie pod swoim szyldem (by nie tworzyć wrażenia istnienia konkurencji, której w rzeczywistości nie było), w drugim nakazano rozłączenie usług sprzedaży filmu od wywoływania, obróbki i przygotowywanie kolorowych odbitek. Firma musiała odsprzedać licencję na tę drugą innym zainteresowanym.
Długa lista głośnych antymonopolowych procesów to również przypadki mniej typowe. W połowie lat 40. prawnicy interweniowali przeciwko Associated Press – wówczas medialnemu imperium, w którego skład wchodziły również gazety – by zmusić firmę do zniesienia zakazu odsprzedawania zdobytych informacji redakcjom nienależącym do AP. Kilka lat później uderzono w interesy Hollywood: po Wielkiej Kryzysie wielkie wytwórnie praktycznie narzucały kinom swoje warunki gry, w tym zakupy filmów w ciemno, w blokach po kilka tytułów, na własnych warunkach. Batalia skończyła się w Sądzie Najwyższym, który nakazał Hollywood zlikwidować własne sieci kinowe i pozwolił stworzyć specjalną instytucję nadzorującą przemysł filmowy.
To w końcu unijna komisarz Viviane Reding zmusiła – batalia zaczęła się jeszcze w 2005 r. – potężnych operatorów sieci komórkowych do obniżenia cen roamingu. Gdyby nie jej zdecydowanie i sięgnięcie po metody administracyjne, telekomy jeszcze długo zdzierałaby z nas opłaty za rozmowy międzynarodowe.
„Te walki prawie zupełnie zatarły mi się w pamięci. I rad jestem, że ich nie pamiętam” – mówił Zischce w latach 30. Rockefeller. Cóż, o niegdysiejszej potędze wielu z wspomnianych firm też już dziś nie pamiętamy. Nazwa Standard Oil mówi dziś coś wyłącznie historykom. Kodak balansuje na krawędzi bankructwa, próbując ratować się nowymi produktami. Internet Explorer w rozmaitych wersjach posiada jeszcze około 60 proc. rynku przeglądarek (choć jego najnowsza wersja już tylko 25 proc.), ale ma silnych rywali pod postacią Firefoksa i Chrome (po ok. 10 proc.). Być może więc i wyszukiwarka Google kiedyś będzie tylko jedną z kilku dostępnych opcji.
O jednym nie sposób zapomnieć: jakikolwiek rywal stawi kiedyś czoła potędze firmy z Mountain View – bez względu na to, czy zostanie ona złamana przez Europę, czy też nie – on również zaoferuje produkt.