Reklama
Tempo wzrostu kredytów dla gospodarstw domowych ustabilizowało się pod koniec ub.r. w okolicach 5 proc. Portfel kredytów dla firm był w grudniu o 4,3 proc. większy niż rok wcześniej. To najwyższa dynamika od lata 2019 r., gdy do wybuchu pandemii dzieliło nas jeszcze kilka miesięcy. Takie dane zaprezentował wczoraj Narodowy Bank Polski.
- Od początku ub.r. widzieliśmy ożywienie inwestycyjne w firmach, w całej gospodarce było ono nieco mniejsze. Mimo to portfel kredytowy specjalnie nie rósł. Przedsiębiorstwa brały kredyty, ale też dużo ich spłacano. Teraz widać, że zapotrzebowanie na finansowanie „dogania” dynamikę inwestycji - komentuje Piotr Bielski, ekonomista Santander Bank Polska. Zwraca uwagę, że wzrost popytu na kredyty wśród firm było widać już od kilku miesięcy.
Również dynamika kredytów dla ludności może wydawać się niska. Ale z danych prezentowanych przez Mariusza Cholewę, prezesa Biura Informacji Kredytowej, wynika, że pod niektórymi względami był to dla banków (i ich klientów) rekordowy rok. Chodzi przede wszystkim o udzielanie kredytów mieszkaniowych. Ich wartość wyniosła niemal 89 mld zł. Była o 40 proc. większa niż rok wcześniej. W czasie hossy mieszkaniowej z lat 2007-2008 nie przekraczała 70 mld zł w skali roku.
Według Cholewy w tym roku sprzedaż kredytów mieszkaniowych spowolni do 80 mld zł. - Liczymy się z tym, że banki mogą myśleć o zaostrzeniu polityki kredytowej. Bardzo dużo zależy od tego, co się będzie działo w gospodarce. Widzimy też wyhamowanie cen na rynku nieruchomości. Od kwietnia ub.r. w każdym miesiącu mamy mniejszą liczbę osób, które wnioskują o kredyt mieszkaniowy - mówi prezes BIK. Zwraca uwagę, że popyt na kredyt ograniczają również rosnące koszty utrzymania.
O ponad połowę większa niż rok wcześniej była w ub.r. sprzedaż pożyczek pozabankowych. To jednak w dużej mierze efekt statystyczny: po wybuchu pandemii wprowadzono ustawowe ograniczenia kosztów pożyczek, które skutkowały wstrzymaniem sprzedaży przez dużą część branży. Gdy ograniczenia się skończyły, akcja pożyczkowa ponownie ruszyła. Projektowane są jednak nowe przepisy ograniczające tę działalność. - Po bardzo trudnym 2020 r., gdy branża zanotowała stratę na poziomie 279 mln zł, niektóre środowiska polityczne uznały, że firmy pożyczkowe wciąż mają się dobrze, i zaproponowały kolejne ograniczenia działalności. Ograniczenia te są na tyle szerokie, że praktycznie uniemożliwiają działalność legalnym firmom pożyczkowym oraz sprawiają, że pracę straci ok. 40 tys. osób zatrudnionych w sektorze - mówi Stanisław Duda, prezes firmy Finelf, międzynarodowej grupy porównywarek internetowych.
Z danych BIK wynika, że zdobywające w ostatnim czasie rynek produkty „kup teraz, zapłać później”, wykorzystywane głównie w sklepach internetowych, to nadal bardzo mała część rynku pożyczkowego. Według urzędu Rzecznika Finansowego niosą one jednak w sobie ryzyko. - To usługi technologiczne, które mogą mieć wpływ na poziom zadłużenia, na popularność brania kredytów, bo tu się nie myśli, że to w ogóle jest kredyt - mówił wczoraj na posiedzeniu sejmowej podkomisji Paweł Zagaj, zastępca rzecznika finansowego. ©℗
Depozyty i kredyty w krajowych bankach / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe