Reklama
Pakt klimatyczny przyjęty na listopadowym szczycie COP26 to znaczący krok naprzód w światowych negocjacjach, jednak zahamowanie ocieplenia wymaga pilnych działań praktycznych – ocenia ósemka uznanych specjalistów w artykule dla serwisu Carbon Brief.
„W ciągu najbliższego roku konieczne jest podjęcie zdecydowanych działań w celu zwiększenia ambicji na pozostałą część obecnej dekady. (…) Zmiany te muszą doprowadzić do stopniowego zaprzestania wykorzystywania paliw kopalnych w sposób niezakłócony, aby zapewnić coroczne zmniejszenie emisji w skali globalnej. Na przykład już teraz potrzebujemy 5–7 proc. spadku emisji CO2 w latach 2022–2023, aby znaleźć się na drodze do zmniejszenia emisji o połowę do roku 2030” – uważają badacze. Polityczne następstwa COP26, które pojawiły się w pierwszych tygodniach po zakończeniu konferencji, przyniosły jednak sygnały studzące optymizm.
Wśród zobowiązań podjętych w Glasgow były m.in. indyjska deklaracja neutralności klimatycznej do 2070 r. oraz plan coalexitu ogłoszony przez RPA – piąty kraj na świecie pod względem ilości spalanego węgla (Polska jest w tym rankingu 12.). Za ważne uznano także pojawienie się po raz pierwszy w konkluzjach szczytu wątku ograniczania węgla i subsydiów dla paliw kopalnych. Teraz wielcy truciciele robią jednak krok w tył i sygnalizują, że realizacja zaprezentowanych w Glasgow zapowiedzi nie jest jeszcze przesądzona.
Zgodnie z porozumieniem RPA, gdzie węgiel odpowiada obecnie za wytwarzanie ok. 87 proc. prądu, miała do końca dekady obniżyć jego udział w miksie do mniej niż 60 proc. Do 2050 r. węgiel miał niemal całkiem zniknąć z południowoafrykańskiej energetyki. 8,5 mld dol. na sfinansowanie ambitnego planu transformacyjnego zadeklarowały kraje rozwinięte, m.in. UE, USA i Wielka Brytania. Umowa została okrzyknięta przez komentatorów przełomem. Plan dla RPA chwalono m.in. za to, że jego szczegóły zostały wypracowane z udziałem beneficjentów pomocy, a nie im narzucone. Z analogicznych programów międzynarodowego wsparcia skorzystać miały w dalszej kolejności m.in. Indie, Indonezja i Filipiny, które razem z RPA odpowiadają za ok. 15 proc. globalnych emisji ze spalania węgla.
– Zobowiązanie podjęte przez naszych międzynarodowych partnerów nie oznacza, że musimy przyjąć ofertę, w szczególności że mielibyśmy zaakceptować jakiekolwiek niekorzystne warunki, które np. niosłyby negatywne konsekwencje dla budżetu naszego kraju – oświadczył w ubiegły czwartek prezydent RPA Cyril Ramaphosa. Polityk określił jednocześnie, że jego kraj chciałby większość wsparcia w formie dotacji, ewentualne pożyczek z preferencyjnym oprocentowaniem.
Także rząd Indii nie ukrywa, że realizacja nowych celów ogłoszonych przez Narendrę Modiego będzie zależna od dodatkowego biliona dolarów „zielonej pomocy” od państw rozwiniętych. A to może być dopiero początek finansowych oczekiwań Nowego Delhi. Rada ds. Energii, Środowiska i Wody (CEEW) – niezależny indyjski think tank – szacuje, że realizacja transformacyjnych ambicji Modiego kosztować będzie ponad 10 bln dol., przy czym należy liczyć się z luką inwestycyjną rzędu jednej trzeciej tej sumy. Wciąż niespełnione pozostaje tymczasem, 10-krotnie skromniejsze, zobowiązanie zamożniejszej części świata – 100 mld dol., które miały zostać skierowane na ten cel do 2020 r.
Wątpliwości dotyczą także perspektyw wdrożenia innego osiągnięcia COP26. Chodzi o kolejny krok w stronę uzgodnienia planów klimatycznych na 2030 r. z celem zahamowania światowego ocieplenia w granicach 1,5 st. C w porównaniu do temperatury sprzed rewolucji przemysłowej. Przed następną konferencją klimatyczną – COP27 w Egipcie – kraje miały dokonać kolejnej rewizji swoich strategii. Australia, jeden z największych światowych eksporterów paliw kopalnych i kraj uznawany za największego hamulcowego wysiłków na rzecz ochrony klimatu w gronie państw rozwiniętych, a także Nowa Zelandia oświadczyły już, że ich cele na 2030 r. są określone i nie ma w planach ich podnoszenia. Nie jest również przesądzone, co zrobią w tej sprawie USA, drugi co do wielkości globalny emitent gazów cieplarnianych. John Kerry, który odpowiada w waszyngtońskiej administracji za dyplomację klimatyczną, zaznaczył po COP26, że zobowiązanie podjęte w Glasgow dotyczy dokonania przeglądu celów klimatycznych, nie przesądzając o jego efekcie.
Wątpliwe jest, czy korekty celów na najbliższą dekadę dokona UE. Choć już przy okazji przyjmowania obecnie obowiązującego planu ograniczenia emisji o 55 proc. do 2030 r. pojawiały się postulaty ambitniejsze, np. Parlament Europejski chciał, by redukcja sięgnęła 60 proc. Bruksela twierdzi, że obecne zobowiązanie jest zgodne z celem 1,5 st. C.