To podejście wywołuje niechęć, a nawet hejt, ale Spurek ma też grono fanów uważających ją za głosicielkę niewygodnych prawd. W pewnym sensie mają rację. Negatywny wpływ hodowli bydła czy transportu lotniczego na klimat i potrzeba ich ograniczania to realne problemy. Inną kwestią jest skuteczność. Wątpliwości mają nawet sojusznicy europosłanki. Ci łagodniejsi twierdzą, że polityka wymaga pragmatyzmu. Inni uważają, że wyższościowy ton Spurek zniechęca ludzi do spraw, o których mówi.
Wspólnym mianownikiem aktywności europosłanki jest zmiana wzorców konsumpcji. O ile wprowadzenie w życie większości pomysłów przez nią firmowanych wydaje się mało prawdopodobne, stanowią one element presji na zmianę stylu życia. To klasyczna szkoła „kija i marchewki”. Symbolicznie dowartościowujemy etyczną konsumpcję, a osoby konsumujące produkty odzwierzęce stygmatyzujemy. Jeśli deklarują poparcie dla proekologicznych rozwiązań, mówimy: hipokryta.
To jałowa strategia. Z badań wynika, że zmiany wzorców konsumpcyjnych postępują u nas stosunkowo szybko. Mamy np. jeden z najszybciej rozwijających się w Europie rynków roślinnych zamienników mięsa. Z ekologicznego punktu widzenia zyski z tych zmian są jednak słabo odczuwalne. Zwłaszcza jeśli zestawić je ze skutkami, jakie mogłyby przynieść o wiele mniej ambitne regulacje obejmujące całą krajową produkcję mięsa czy nabiału.
Koncentrowanie się na indywidualnych wyborach to wizja ekologii ślepej na nierówności. I to podwójnie: z jednej strony nie bierze się pod uwagę faktu, że dostęp osób mniej zamożnych do niektórych „etycznych” dóbr jest ograniczony. Z drugiej strony tego, że konsumpcja ekonomicznej elity wiąże się z nieproporcjonalnymi kosztami ekologicznymi. Pomijając ten wymiar transformacji, pracujemy na jej odrzucenie przez znaczną część społeczeństwa.
Ta wizja jest za to zbieżna z oczekiwaniami wielkich koncernów. Nie przypadkiem idea indywidualnego śladu węglowego została spopularyzowana przez paliwowego giganta, BP. W tej narracji odpowiedzialność spychana jest na jednostki, a wielki biznes może rozłożyć ręce: dopóki ludzkość na to nie zasłuży, odmawiając sobie przyjemności, takich jak wakacje pod palmami, wędkowanie czy niedzielny kotlet, nie jesteśmy w stanie zapobiec katastrofie. Współgra to, niestety, z głosem części ruchu klimatycznego: na polityków, którzy uprawiają tylko „bla bla bla”, nie ma co liczyć.
Musimy uratować się sami. Skoro niewymagającą zgniłych kompromisów ścieżką regulacji, to jak? Oczywiście „głosując” portfelem. ©℗