Budimex zapowiada ekspansję zagraniczną. Jak to będzie wyglądać?
Zasygnalizowaliśmy na rynku, że interesują nas trzy kraje - Czechy, Słowacja i Niemcy. Złożyliśmy kilka ofert. Zależy nam raczej na zleceniach infrastrukturalnych niż kubaturowych. W Niemczech wygraliśmy właśnie pierwszy przetarg dotyczący stosunkowo niedużego zlecenia o wartości 5 mln euro. Chodzi o budowę obiektu mostowego w Brandenburgii. Liczymy, że zawrzemy za Odrą jeszcze kilka umów i rozpoznamy lepiej rynek. Docelowo chcemy jednak zainwestować w spółkę w Niemczech. Zapewne będziemy szukać niezbyt wielkiego podmiotu, który będzie miał 100 - 200 mln euro przychodu. Na tej bazie chcielibyśmy rozwijać działalność za nasza zachodnią granicą. Przykład hiszpańskiego Ferrovialu, który ponad 20 lat temu zainwestował w Budimex, co pozwoliło nam rozwinąć skrzydła, potwierdza, że budownictwo jest przede wszystkim biznesem lokalnym. Lokalna firma, która zna wszystkie uwarunkowania na danym rynku, ma większe przygotowanie do realizacji inwestycji na określonym terenie. Przez to u nas lepiej sobie radzimy niż zagraniczne firmy, które próbują samodzielnie wejść do Polski. W Czechach czy na Słowacji pewnie trzeba będzie poczekać na zdobycie jakiegoś zlecenia, bo tak jak w Polsce, z powodu przejścia z jednej do drugiej perspektywy unijnej, mają obecnie mało przetargów.
W Polsce mamy głównie posuchę w przetargach na modernizację torów. Ze strony branży budowlanej słychać teraz apele, by w przypadku projektów kolejowych wprowadzić mechanizmy finansowania, które mają drogowcy. Dzięki Krajowemu Funduszowi Drogowemu, który może zaciągać długi, nie trzeba czekać na środki unijne.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad działa na innych zasadach, bo jest agendą rządową. PKP Polskie Linie Kolejowe to spółka. Myślę jednak, że znalazłby się sposób szybkiego rozwiązania problemów dołka na styku perspektyw unijnych. To np. faktoring. Można go zastosować tymczasowo w sytuacji, w której mamy pewność, że środki z nowego budżetu UE przyjdą do nas za rok czy dwa. Polega to na tym, że z pomocą sektora bankowego wykonawcy finansowaliby inwestycje. Co miesiąc wystawialibyśmy fakturę zamawiającemu, a ten musiałby ją zaakceptować. Potem byśmy ją zanosili do banku, gdzie pozyskanie środków nie wiąże się teraz z dużymi kosztami. Po nadejściu środków z Brukseli inwestor spłacałby bankowi inwestycję. Ten pomysł rzuciłem całkiem niedawno i wiem, że jest wstępnie analizowany. Na pewno trzeba go sprawdzić od strony prawnej, bo do tej pory inwestor przed rozpisaniem przetargu musiał wykazać, że ma zagwarantowane środki. Sądzę jednak, że dałoby się znaleźć formułę, która umożliwiłaby wdrożenie tego rozwiązania. To pozwoliłoby zlikwidować problem powtarzających się co kilka lat dziur w zleceniach.
Przed jakimi jeszcze wyzwaniami stoi teraz branża budowlana?
Rynek jest dotknięty perturbacjami związanymi z brakiem siły roboczej, kosztem pracy i przede wszystkim wzrostem cen materiałów. Mimo waloryzacji, którą wdrożono w przypadku inwestycji GDDKiA i PKP PLK, wiele firm źle wyceniających kontrakty będzie miało problemy. Urealnienie wartości kontraktów jest ograniczone tylko do pięciu procent.
Ten limit jest już za niski?
Na pewno powinno się go podwyższyć, bo nie wystarcza przy tych ogromnych skokach cen. Trzeba też zmienić mechanizm działania waloryzacji. Teraz ryzyko dzielone jest po połowie pomiędzy wykonawcę i zamawiającego, czyli waloryzacji podlega 50 proc. wartości kontraktu. Może te proporcje powinno się zmienić, by większe ryzyko spoczywało na inwestorze. Mamy też zastrzeżenia do sposobu liczenia wskaźników waloryzacyjnych, które opierają się na koszyku Głównego Urzędu Statystycznego. On nie oddaje faktycznych wzrostów cen. Pokazuje np., że koszt budowy autostrady wzrósł o 2 proc. Nam często jednak wychodzi wzrost kosztów o kilkanaście, kilkadziesiąt procent, bo przecież ceny robocizny czy materiałów mocno wystrzeliły w górę. Najbardziej stali, która przez rok zdrożała o 100-150 proc. Kilkudziesięcioprocentowe wzrosty dotyczyły betonu, asfaltu czy ropy.
Generalnie jednak branża budowlana w Polsce ma dobre perspektywy. Choć nie możemy zapominać, że w dużym stopniu, bo w prawie 30 proc., finansowanie naszych projektów infrastrukturalnych jest oparte na środkach unijnych. Bez tych pieniędzy inwestycje nie rozkręciłyby się tak bardzo.
Rozmawiał Krzysztof Śmietana