Władimir Putin powtarza od dawna, że dolar nie sprawdza się w roli światowej waluty rezerwowej i że pora pomyśleć o innych rozwiązaniach. Sugeruje, że zamiast pieniędzy w rękach gromadzących dolary zostaną zielone papierki. Daje wyraz irytacji – podobnie jak od czasu do czasu Chińczycy czy Brazylijczycy – ekspansywną, ujmując rzecz eufemistycznie, polityką monetarną USA.
Nic dziwnego, że James Rickards obsadził go w roli jednego z bohaterów symulowanych na życzenie Pentagonu gier wojennych. Nie, nie wyobrażał go sobie jako najeźdźcy, który użyje zielonych ludzików, czołgów i rakiet Buk. Ale brał pod uwagę, że Putin może rozpętać wojnę walutową. Trzeba czasu, by stwierdzić, czy ekonomista z doświadczeniem inwestycyjnym miał rację, czy tylko razem z amerykańskimi wojskowymi dmuchał na zimne, gdy Fed w interesie gospodarki zaczął drukować biliony dolarów. Zauważmy, że autor książki „Wojny walutowe. Nadejście kolejnego globalnego kryzysu”, w której epizod z Pentagonem został opisany, nie wiedział, jak mocno w jego scenariusze wpiszą się inne banki centralne, naśladujące Rezerwę Federalną. Ani tym bardziej że Rosja stanie się agresorem (na Ukrainie), którego stosunki z Zachodem staną się na powrót zimnowojenne.
Być może Rickards przecenił siły monetarne Rosji. Imponujące wówczas 500–600 mld dol. rezerw (dziś to ok. 450 mld) to nie tak wiele w oceanie „zielonych”, który zalał świat. I nawet nie dość dużo, by teraz, nie ryzykując zbyt dużo, skutecznie powstrzymać deprecjację własnej waluty – rubla.