Nic dziwnego, że James Rickards obsadził go w roli jednego z bohaterów symulowanych na życzenie Pentagonu gier wojennych. Nie, nie wyobrażał go sobie jako najeźdźcy, który użyje zielonych ludzików, czołgów i rakiet Buk. Ale brał pod uwagę, że Putin może rozpętać wojnę walutową. Trzeba czasu, by stwierdzić, czy ekonomista z doświadczeniem inwestycyjnym miał rację, czy tylko razem z amerykańskimi wojskowymi dmuchał na zimne, gdy Fed w interesie gospodarki zaczął drukować biliony dolarów. Zauważmy, że autor książki „Wojny walutowe. Nadejście kolejnego globalnego kryzysu”, w której epizod z Pentagonem został opisany, nie wiedział, jak mocno w jego scenariusze wpiszą się inne banki centralne, naśladujące Rezerwę Federalną. Ani tym bardziej że Rosja stanie się agresorem (na Ukrainie), którego stosunki z Zachodem staną się na powrót zimnowojenne.

Być może Rickards przecenił siły monetarne Rosji. Imponujące wówczas 500–600 mld dol. rezerw (dziś to ok. 450 mld) to nie tak wiele w oceanie „zielonych”, który zalał świat. I nawet nie dość dużo, by teraz, nie ryzykując zbyt dużo, skutecznie powstrzymać deprecjację własnej waluty – rubla.

Jeśli więc wojna walutowa już się toczy, to ma ona raczej rynkowy, a nie „wojskowy” charakter i nie Rosja jest w ofensywie. Trudno ją, oczywiście, nazwać ofiarą (chyba że własnej polityki), ale to ona jest pod ostrzałem. I liże rany.

Rubel bije rekordy słabości – jeden za drugim. Wszyscy się zastanawiają, ile Rosja zapłaci za Krym i oderwanie kawałka Ukrainy. Za wielkoruskie fobie i ambicje. Na odpowiedź trzeba zaczekać. Jednak w tym kontekście rublowi warto się przyglądać szczególnie uważnie.

Słabsza waluta oznacza wzrost międzynarodowej konkurencyjności gospodarki. Ale co Rosja eksportuje poza surowcami? Czym mogłaby podbić zagraniczne rynki? Azji nie zastąpi w roli największej i najtańszej manufaktury świata. Niemiec nie wyprze z rynków własnymi maszynami i urządzeniami. Z Japonią nie będzie się ścigać w wyścigu nowoczesnych cywilnych technologii. Amerykanów nie pobije know-how, kapitałem, innowacyjnością i godnym pozazdroszczenia połączeniem wiedzy, pieniędzy i przedsiębiorczości.

Świat nie zacznie kupować u naszego sąsiada tylko dlatego, że jego wyroby stały się tańsze. I nie chodzi o sankcje ograniczające handel. Rosja po prostu ma niewiele do zaoferowania. Oczywiście, nie licząc surowców. Tych świat, a właściwie Europa, nie może przestać kupować. Rosja nie może przestać ich sprzedawać i nie ma zamiaru (wyjąwszy Ukrainę), nawet gdy straszy przykręceniem kurka. Tylko dramatyczna zmiana sytuacji mogłaby zburzyć status quo w tej dziedzinie.

Czasami jednym tchem wymienia się dwa nieszczęścia, które dotykają naszego sąsiada: gorsze notowania ropy i spadający kurs rubla. Jednak taniejąca własna waluta (słabszy rubel) amortyzuje mniejsze wpływy (w dolarach) ze sprzedaży paliw. Innymi słowy, wyrażone w lokalnym pieniądzu przychody z eksportu ropy i gazu niekoniecznie się zmniejszają.

W pierwszych dniach 2014 r. za dolara płacono ok. 33 rubli. W ostatnich została przekroczona granica 40 rubli i zapewne rynek (a za nim zwykli Rosjanie) nie powiedział ostatniego słowa. Załóżmy, że rząd Putina i Miedwiediewa liczył, iż baryłka brent (benchmark na rynku ropy) będzie kosztować np. 104 dol., czyli 3,6 tys. rubli (przy kursie 35 rubli za dol.). Dziś kalkulacja wyglądałaby w przybliżeniu 90 dol. za baryłkę, czyli... 3,6 tys. rubli (przy 40 rublach za dol.).

Ale oczywiście, dolarów płynie do Rosji mniej, zaś surowce, mimo ekspansji Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie, tanieją. Są najtańsze od kilku lat. Cena ropy brent spadła poniżej 90 dol. za baryłkę (rosyjski Ural stoi jeszcze gorzej). Nie tego spodziewał się Kreml, gdy konstruował budżet.

Trzeba czasu, aby doszło do spustoszeń w rosyjskiej kasie, ale jest to teraz bardziej realne niż kiedykolwiek od 1998 r., przy czym wtedy ratowanie bankrutującej Rosji było bardziej w interesie Zachodu niż dziś.

A przecież surowce, choć stanowią znakomitą większość eksportu i zapewniają prawie połowę wpływów do budżetu, to mimo wszystko nie jest cała rosyjska gospodarka.

Słabnąca waluta podraża import. Za wszystko, co pochodzi z zagranicy i trafia na rosyjski rynek, trzeba płacić o wiele więcej niż wcześniej. I nic się nie zmieni, dopóki w stosunkach Rosji z zachodnim światem nie zapanuje normalność.

Nie wolno też zapominać o perturbacjach na rynkach finansowych. Rosja i rosyjskie banki oraz przedsiębiorstwa finansowały się za pomocą zagranicznego kapitału. Niektóre teraz nie mogą tego robić (sankcje), innymi ów kapitał nie jest już zainteresowany, bo ryzyko inwestycyjne wzrosło niepomiernie. Jednocześnie ich zobowiązania po przeliczeniu na ruble mocno i szybko wzrosły. A na ich rolowanie widoki są marne. To dla dłużników nie jest dobra wróżba. Wielu już wyciąga rękę po pomoc państwa, ale jego zasoby nie są nieograniczone i topnieją z kolejnymi interwencjami walutowymi.

Wzrost inflacji, dodatkowo napędzany obostrzeniami importowymi, którymi Rosja odpowiedziała na sankcje i które ograniczyły konkurencję na jej własnym rynku, staje się powoli kolejną zmorą jej gospodarki.

Po upadku komunizmu demokratyzująca się i modernizująca Rosja stała się we własnym interesie częścią globalnego systemu finansowego. Wiele lat z tego korzystała, dziś płaci na rynku rachunek za to, że polityka ekspansji wzięła górę nad ekonomicznymi rachubami. Owszem, Rosja jest potężnym krajem, wytrzyma sankcje i niejedno bolesne załamanie gospodarcze. Jednak jeśli obserwowane teraz tendencje, zwłaszcza te dotyczące cen paliw i kursów walut, utrzymają się dłużej, ceną będzie rosnąca izolacja, bieda i zapewne w jakiejś perspektywie realna dyktatura. Innymi słowy, gorsza wersja Związku Radzieckiego. Być może nie tylko mniejsza, ale i mniej stabilna. Beczka prochu.