Francja i Włochy – druga i trzecia co do wielkości gospodarki strefy euro – stają się jej głównymi problemami. Podczas gdy Irlandia, Hiszpania czy nawet Grecja wychodzą na prostą, Paryż i Rzym poinformowały w zeszłym tygodniu, że wbrew zaleceniom Komisji Europejskiej nie uporządkują swoich budżetów przed rokiem 2017.

– Zdecydowaliśmy o dostosowaniu tempa redukcji deficytu budżetowego do sytuacji gospodarczej kraju – oświadczył francuski minister finansów Michel Sapin, prezentując założenia budżetu na przyszły rok. A ponieważ sytuacja gospodarcza jest słaba – w tym roku PKB wzrośnie o 0,4 proc., w przyszłym o 1 proc., czyli znacznie poniżej poprzednich założeń – redukcja deficytu się opóźni. W tym roku wzrośnie on do 4,4 proc., w przyszłym minimalnie spadnie do 4,3 proc., a dopiero w 2017 r. wyniesie 2,8 proc., czyli znajdzie się poniżej dopuszczalnego przez Brukselę limitu. Kłopot w tym, że Paryż już dwa razy otrzymał zgodę od Komisji Europejskiej na przedłużenie terminu, w którym miał zejść z deficytem poniżej 3 proc., i dwa razy tego terminu nie dotrzymał. Co więcej, deficytu mieszczącego się w normie Francja nie miała od dekady.

Włochy z kolei poinformowały, że wskutek znaczącego pogorszenia się prognoz gospodarczych – w tym roku zamiast 0,8-procentowego wzrostu PKB zmniejszy się on o 0,3 proc. – opóźni się też równoważenie budżetu. Zamiast deficytu na poziomie 2,6 proc. w tym i 2,2 proc. w przyszłym roku będzie to 3,0 proc. oraz 2,9 proc., co jeszcze nie jest przekroczeniem limitu, ale niebezpiecznym poruszaniem się na granicy – już tak. Natomiast jego całkowite zlikwidowanie zamiast w 2016 r. nastąpić powinno rok później.

Oba kraje będą jeszcze w październiku rozmawiać z Komisją Europejską na temat swojej sytuacji finansowej, ale to, czy zgodzi się ona na jeszcze jedną prolongatę terminu bez nakładania kar, jest – zwłaszcza w przypadku Francji – wątpliwe. O takiej możliwości wspomniał zresztą podczas czwartkowego przesłuchania kandydat na nowego komisarza ds. gospodarczych i finansowych Pierre Moscovici – do niedawna francuski minister finansów. – Wszystkie kraje, małe i duże, muszą być traktowane równo. Każdy kraj, nawet Francja, musi przestrzegać reguł. A moim zadaniem jest pilnowanie, by te reguły były przestrzegane – mówił. Niezadowolenie z braku zdecydowanych działań w walce z deficytem wyraziła też niemiecka kanclerz. – Nie jesteśmy w miejscu, w którym możemy powiedzieć, że kryzys jest już całkowicie za nami. A zatem ważne jest, żeby każdy wypełniał swoje zobowiązania w wiarygodny sposób – oświadczyła Angela Merkel. Kolejne ustępstwo wobec Paryża zapewne byłoby też źle odebrane przez kraje, które w zamian za pomoc finansową musiały wprowadzić w życie bardzo ostry program oszczędnościowy, jak Irlandia czy Grecja, i na łagodzenie warunków nie mogły liczyć.

Tak czy inaczej Komisja może się na to zgodzić, tylko jeśli przedstawiony zostanie wiarygodny program reform. Prezentując projekt budżetu, Sapin zapowiedział wprawdzie zaoszczędzenie 50 mld euro, ale ta suma będzie rozłożona na trzy lata, a w przyszłym roku wartość cięć wyniesie 21 mld. Na szybsze tempo prezydent Francois Hollande i premier Manuel Valls nie mogą sobie jednak pozwolić, bo mogłyby nie przejść w parlamencie – lewe skrzydło ich Partii Socjalistycznej i tak już przekonuje, że oszczędności burzą fundamenty francuskiego państwa socjalnego.

Właśnie trudności z wdrażaniem reform są cechą wspólną francuskiej i włoskiej gospodarki. We Francji prezydent Hollande przez pierwsze półtora roku urzędowania raczej je hamował, niż wprowadzał, a podnoszeniem podatków odstręczał przedsiębiorców. Dopiero gdy się okazało, że ta polityka szkodzi gospodarce, zamiast pomagać, a jego wskaźniki popularności sięgnęły dna, postanowił zmienić politykę i na stanowisko szefa rządu powołał w kwietniu tego roku bardziej skłonnego do reform Vallsa. Z kolei we Włoszech 39-letni premier Matteo Renzi, obejmując w lutym stanowisko, przedstawił całą listę probiznesowych zmian – jak np. uelastycznienie rynku pracy – które zamierza wprowadzić. Na razie jednak walczy o zmianę systemu konstytucyjnego, bez której przeforsowanie czegokolwiek dalej w sytuacji, gdy nie ma większości w obu izbach parlamentu, jest bardzo trudne.

Czas jednak ucieka. Dwa lata temu główną troską strefy euro były Hiszpania i Włochy. Dziś Madryt podnosi prognozy wzrostu, a Rzym jest w tym samym miejscu, gdzie był. Z tą różnicą, że miano głównego problemu dzieli z Francją, co z uwagi na wielkość ich gospodarek jest jeszcze groźniejsze.