Reklama
Od kilku dni przez media przetaczają się zdjęcia kolejek samochodów ustawionych przed brytyjskimi stacjami benzynowymi. W prawie co piątym punkcie zabrakło paliwa. To pokłosie problemów wywołanych niedoborem pracowników w sektorze transportu. Samego paliwa nie brakuje, ale nie ma go kto rozwieźć po kraju. Kiedy Brytyjczycy dostrzegli problem z dostawami, zaczęli w panice gromadzić zapasy. Im więcej gromadzili, tym dłużej czekali na kolejną dostawę.
Ale to tylko spektakularna odsłona bardziej złożonego problemu. Brytyjscy pracodawcy zaczęli mocniej odczuwać problem z zapełnieniem wakatów, gdy na początku sezonu letniego rząd rozpoczął luzowanie pandemicznych obostrzeń, a gospodarka zaczęła działać na pełnych obrotach. Wielu Brytyjczyków zastało w sklepach puste półki, a rolnicy byli zmuszeni do porzucenia letnich zbiorów, bo brakowało pracowników sezonowych.
Sektor transportu drogowego już w czerwcu apelował do rządu o wprowadzenie ułatwień wizowych dla kierowców. Według szacunków brytyjskich zrzeszeń do pracy potrzebne jest nawet 100 tys. osób. Rząd jednak widział rozwiązanie problemu w podnoszeniu płac i szkoleniu kierowców na miejscu. Dopiero kryzys na stacjach paliwowych sprawił, że w miniony weekend odpowiedział na postulaty branży. Ministerstwo transportu poratuje firmy transportowe, wydając 5 tys. wiz tymczasowych dla kierowców ciężarówek, których na trzy miesiące będzie można ściągnąć z krajów UE. Z kolei resort obrony pomoże w szkoleniu kolejnych 4 tys. osób. 5,5 tys. wiz zostanie wydanych dla pracowników ferm drobiu. Ale to wszystko rozwiązanie tymczasowe.
Możliwości brytyjskiego rynku pracy ograniczyła nie tylko pandemia, ale przede wszystkim brexit. Z początkiem stycznia skończył się okres przejściowy, który de facto oznaczał, że Wielka Brytania przez 11 miesięcy ubiegłego roku zachowała pełen dostęp do wspólnego rynku, korzystając ze swobodnego przepływu osób i usług (utrudnionego przez pandemię w całej Europie). W nocy z 31 grudnia na 1 stycznia w życie weszła nowa, bardziej restrykcyjna polityka migracyjna na Wyspach, która sprawia, że brytyjski rynek pracy pozostaje otwarty jedynie dla osób wysoko wykwalifikowanych z krajów UE.
Założenie było takie, że po brexicie do prac, które wykonywali pracownicy z krajów środkowoeuropejskich, zaczną się najmować Brytyjczycy. To jednak nie nastąpiło w tempie, jakiego oczekiwali pracodawcy.
Niedobór pracowników nie tylko na Wyspach wiąże się z programami osłonowymi, które uruchamiano w wielu państwach jako odpowiedź na pandemię. Brytyjskie postojowe w maju, gdy cieszyło się rekordową popularnością, pozwoliło zabezpieczyć ok. 9 mln miejsc pracy. Działający przez półtora roku program, na którego łącznie wydano 70 mld funtów, był największą tego typu państwową interwencją w czasach pokoju – odnotował „The Guardian”. Od października firmy w potrzebie nie będą już mogły korzystać z publicznego wsparcia, bo właśnie dobiegło ono końca.
Brytyjscy pracodawcy nie powinni jednak wiązać z tym zbyt wielkich nadziei. Jako pierwsze programy wsparcia dla osób zagrożonych bezrobociem zakończyły się w USA. Zakładano, że w efekcie zaczną zapełniać się wakaty, ale wbrew oczekiwaniom Amerykanie nie ruszyli tłumnie do pracy. Problem z niedoborem pracowników hamuje popandemiczny wzrost gospodarki. Podobnie jak w Wielkiej Brytanii, brakuje rąk do pracy w sektorze transportu, ale niedobór dotyka równie silnie budownictwo i sektor gastronomiczny. By przyciągnąć do pracy, pracodawcy podnoszą pensje, ale wraz z nimi będzie rosła także inflacja.
Na brak pracowników narzekają również kraje strefy euro. W I kw. tego roku – zauważa „Financial Times” – w eurolandzie nadal było o 2,6 mln osób aktywnych zawodowo mniej niż przed pandemią. Prezes Banku Francji François Villeroy de Galhau nazwał niedobór pracowników największym hamulcem wzrostu. W jego ocenie reformy, które zaktywizują do pracy, są obecnie najbardziej pilne i potrzebne.