Patrick Fragman, prezes i dyrektor generalny Westinghouse Electric Company, amerykańskiego przedsiębiorstwa specjalizującego się w technologiach jądrowych / foto: materiały prasowe
Minął prawie rok od podpisania polsko-amerykańskiego porozumienia jądrowego. Jak idzie jego realizacja?
Biznesowa część umowy, w którą jesteśmy zaangażowani, wdrażana jest bardzo sprawnie. W wielu obszarach wyprzedzamy harmonogram. Szybko postępują prace inżynieryjne i projektowe przygotowujące nas do udziału w rządowym programie jądrowym w Polsce. Jesteśmy na najlepszej drodze, by zapewnić polskiemu rządowi całą dokumentację niezbędną do podjęcia decyzji o wyborze partnera.
Na ile na polsko-amerykańską współpracę w dziedzinie atomu wpłynęła zmiana w Białym Domu?
Widzimy daleko idącą ciągłość. Poprzednia administracja wypracowała koncepcję i doprowadziła do zawarcia ubiegłorocznej umowy. Nowa ekipa skupiona jest z kolei na tym, żeby te ustalenia weszły w życie. Z punktu widzenia tego projektu zmiana była więc właściwie nieodczuwalna.
Kilka miesięcy temu powiedział pan, że Westinghouse jest jednym z dwóch głównych pretendentów w grze o polski atom. Jak jest dzisiaj?
Nasi konkurenci są bardzo zainteresowani Polską, ale my stajemy się częścią przemysłu i łańcucha dostaw. Z całą pewnością wasz rząd będzie miał więcej niż jedną opcję. Staramy się pokazać, że nasza oferta jest dla Polski najlepsza nie tylko w krótkiej perspektywie, lecz także w tej strategicznej. Jej częścią, co szczególnie ważne, jest transfer technologii i trwała przemysłowa obecność w waszym kraju. Ostateczna decyzja będzie jednak należała do polskiego rządu.
Otwierając w miniony czwartek centrum biznesowe Westinghouse w Krakowie podkreślał pan, że ma ono służyć wzmacnianiu zarówno lokalnej, jak i globalnej strategii koncernu. Na ile plany dotyczące Polski są powiązane z rozstrzygnięciem w sprawie „dużego” programu atomowego, a na ile wasza firma chce się tu rozwijać niezależnie od tego, kto będzie budował elektrownię?
Budowane tu przez nas struktury nie są dedykowane wyłącznie polskiemu programowi, one będą pełniły ważne funkcje z punktu widzenia Westinghouse’a jako całości. Zatrudniliśmy w Polsce już ponad 100 osób, prawdopodobnie do końca roku osiągniemy próg 160. Na razie ten zespół realizuje przede wszystkim zadania korporacyjne, ale docelowo ma zajmować się m.in. innowacjami i technologiami cyfrowymi. Te plany są niezależne od decyzji w sprawie programu jądrowego – wyboru krajów, w których chcieliśmy być obecni, dokonaliśmy już zresztą o wiele wcześniej. Oczywiście jeśli polski rząd wybierze nas jako głównego partnera w budowie atomu, będziemy mówili o inwestycjach na zupełnie inną skalę. Już dziś pracujemy nad planami ekspansji przemysłowej w Polsce. Jeśli – na co mam nadzieję – w sprawie elektrowni dostaniemy od polskiego rządu zielone światło, ruszą inwestycje w zakłady produkcyjne. Lokalni partnerzy, z którymi będziemy współpracować przy elektrowni, będą mogli włączać się także w inne projekty w regionie, a w przyszłości być może także w innych częściach świata.
W ostatnich miesiącach kilka dużych polskich firm ogłosiło programy jądrowe na własne potrzeby. Chodzi m.in. o małe reaktory (SMR), na które chcą postawić Orlen czy Synthos. Pojawiły się też doniesienia o planach budowy elektrowni w obwodzie kaliningradzkim. Według części ekspertów inicjatywy te to wotum nieufności dla rządowych planów dotyczących „dużego atomu”. Jak pan na to patrzy?
Kiedy w grę wchodzi inwestycja o takiej skali i znaczeniu, jak budowa polskiego atomu, jest czymś oczywistym, że pojawiają się gracze, w których interesie jest, aby nigdy nie została ona zrealizowana. To tym bardziej oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę wschodnie sąsiedztwo Polski.
SMR-y to taki przypadek?
Absolutnie nie. Sami rozwijamy technologie małych reaktorów, to w niektórych przypadkach dobre rozwiązanie. W Polsce, która będzie musiała wypełnić lukę, jaka powstanie w związku z wygaszaniem węgla, konieczne będzie postawienie co najmniej 6–9 GW mocy jądrowych, duże instalacje są niezbędne. Nasze reaktory AP1000 dają szansę na sprawną i efektywną dekarbonizację polskiej energetyki. Tego celu małe reaktory nie spełnią. Co nie znaczy, że nie ma dla nich na polskim rynku miejsca. Widzę przestrzeń dla obu technologii.
W ostatnich latach projekty reaktorów, w które zaangażowany był Westinghouse w USA i Europie, zmagały się z ogromnymi komplikacjami. Opóźnienia realizacji inwestycji przyczyniły się do ogłoszenia upadłości firmy kilka lat temu, a następnie zmiany jej właściciela, i spowodowały wielomiliardowe koszty. Możemy być pewni, że taki scenariusz nie powtórzy się w Polsce?
Oprócz doświadczeń amerykańskich mamy też te z Chin, gdzie operują już cztery nasze bloki jądrowe, a z każdym kolejnym reaktorem udawało nam się osiągnąć dwucyfrową redukcję kosztów budowy. To efekt uczenia się, także na własnych błędach. Polska będzie beneficjentem postępów, które poczyniliśmy. Nie zaprzeczam, problemy były. W czasie, kiedy przystępowaliśmy do inwestycji w Stanach, konstrukcja AP1000 nie była jeszcze w pełni dopracowana. Brakowało nam też doświadczenia, bo Westinghouse przez ok. 30 lat nie budował nowych reaktorów. Wreszcie nie mieliśmy sprawdzonych partnerów. Od tamtego czasu wszystkie te uwarunkowania się zmieniły. Nasza technologia jest w pełni dopracowana i zweryfikowana w praktycznym działaniu, mamy sprawdzonych i kompetentnych partnerów biznesowych w tego typu przedsięwzięciach, a po zbliżającej się finalizacji budów w Georgii (USA) czas na podjęcie nowych wyzwań będzie idealny. Mamy za sobą trudne doświadczenia, ale wyciągnęliśmy z nich wnioski.
Niedawno Westinghouse i ukraiński Energoatom podpisały porozumienie o współpracy przy budowie elektrowni na Ukrainie.
Ukraina ma co prawda energetykę jądrową, ale opartą na rosyjskich technologiach. Pod innymi względami jej sytuacja jest podobna do Polski. Ukraina chce się transformować, zapewnić sobie dostęp do czystej, taniej i stabilnej energii. Pierwsza faza tego procesu ma się oprzeć na budowie pięciu reaktorów – i tego właśnie dotyczy podpisany przez nas w Waszyngtonie dokument. Jeśli także Polska zdecyduje się na współpracę z Westinghouse’em, jest szansa na synergię pomiędzy ukraińskim a polskim programem jądrowym i dodatkowe redukcje kosztów.
Czy oprócz szans istnieje też zagrożenie, że wasza firma nie udźwignie równoległej realizacji dwóch tak dużych projektów?
Nasz roboczy harmonogram na Ukrainę jest dosyć napięty. Tamtejsze władze chcą zrealizować inwestycje bardzo szybko. Nie będąc w UE, mają różne możliwości przyspieszania procedur i sprawnego podejmowania decyzji. Pierwsze szczegółowe rozmowy ze stroną ukraińską planujemy jeszcze w tym tygodniu.
Z naszego punktu widzenia nie widać jednak poważniejszego ryzyka przeciążenia. To nie jest tak, że oba projekty będą realizowane dokładnie równolegle. Poza tym, jak już mówiłem, mamy do czynienia z projektem dojrzałym z technologicznego punktu widzenia. Nie jest to jeszcze oczywiście gotowy produkt, ale fakt ten powoduje, że więcej będzie synergii niż konfliktu. Osobną kwestią jest sama budowa – tu wyzwaniem będzie przede wszystkim mobilizacja lokalnych firm i zasobów. Ale region Europy Środkowo-Wschodniej z całą pewnością dysponuje wystarczającym potencjałem, żeby „obsłużyć” oba projekty. Na Ukrainie Energoatom już rozpoczął proces identyfikowania partnerów projektu w tej branży, również w Polsce obecne są bardzo duże firmy budowlane, które mogą wziąć udział w budowie elektrowni.
Jak na plany i możliwości rozwojowe Westinghouse’a w Europie wpływają unijne regulacje? Przy okazji prac nad zieloną taksonomią widzimy, że grupa państw na czele z Berlinem skutecznie blokuje wsparcie dla atomu także poza swoimi granicami.
Nie jestem przeciwnikiem regulacji. Wierzę, że nasza branża musi rozwijać się na jasnych, transparentnych zasadach, które są niezbędnym warunkiem społecznej akceptacji. Inną kwestią są jednak warunki finansowe naszej działalności. Nie ma dobrych argumentów przemawiających za wykluczeniem atomu z szeregu technologii wspieranych w ramach transformacji energetycznej. Stanowisko oponentów atomu jest tendencyjne i kłóci się z ustaleniami nauk klimatycznych. Model transformacji realizowany przez Niemcy i ich sojuszników jest pełen sprzeczności. Energiewende (niemiecka ścieżka transformacji energetycznej – red.) to droższy prąd i wyższe emisje. Mam nadzieję, że z czasem Europa zrozumie, że energia nuklearna musi być częścią miksu przyszłości. Już dziś widzimy, że niektóre kraje tradycyjnie sceptyczne wobec atomu, jak Holandia, łagodzą podejście i poważnie rozważają budowę elektrowni jądrowej. Jeszcze bardziej jednoznacznie sytuacja wygląda na wschodzie Europy, gdzie atom jest jedyną stabilną alternatywą dla rosyjskiego gazu czy importu energii.
Transformacja w oparciu o atom bywa przeciwstawiana tej, gdzie filarem są odnawialne źródła energii, docelowo uzupełniane zielonym wodorem. Według części ekspertów to ten model bierze w UE górę.
Między energią jądrową a źródłami odnawialnymi nie ma sprzeczności, one powinny rozwijać się równolegle. Również wodór może być produkowany bezemisyjnie z wykorzystaniem atomu. Westinghouse już analizuje, jak to robić z wykorzystaniem AP1000. Na razie jednak wodór to pieśń przyszłości. Żeby powstał na niego rynek, musi zostać spełnionych wiele warunków. Dziś mówienie o technologicznych alternatywach dla atomu jest odwracaniem uwagi od możliwości redukcji emisji tu i teraz. ©℗