Idąc tym tropem, warto jednak zastanowić się, jakie kontrakty zostaną podpisane w najbliższych tygodniach i miesiącach, jakie filmy i bajki będzie nam dane oglądać. Bo to, że wieloletnie plany Wojska Polskiego zeszły na dalszy plan i ważniejsze są doraźne sukcesy polityczne ministra, to już, cytując klasyka, oczywista oczywistość.
Wydaje się, że wkrótce podpisana zostanie umowa na okręt Miecznik, czyli naszą „polską” fregatę. Potrzebny jest cudzysłów, ponieważ mówienie o tym, że zbuduje ją polski przemysł stoczniowy, powoduje u znawców tematu stawanie włosów dęba jak we wspominanych horrorach. Fakty są takie, że większość pracy zostanie wykonana przez zagranicznych kontrahentów, a w Polsce okręt będzie co najwyżej składany. I wypada nam mieć nadzieję, że przy tej okazji nauczymy się wystarczająco dużo, by w przyszłości móc tworzyć takie jednostki z większym udziałem polskich przedsiębiorstw. Kontrakt miał być podpisany do połowy roku, ale ‒ jak słychać w ministerstwie ‒ praca wre i wydarzy się to wkrótce. Jeśli faktycznie za pięć‒siedem lat Marynarka Wojenna dostanie nowe okręty klasy fregata, będzie to wydarzenie na miarę przewrotu kopernikańskiego, na miarę przejścia od filmu niemego do udźwiękowionego. Ale droga do tego jest pełna raf, mielizn i niebezpiecznych wirów, których ominięcie nawet dla zręcznego sternika może być trudne. A w naszym filmie marynistycznym tacy nie występują.