Cena tony miedzi zbliża się do rekordu wszechczasów z 2011 r. i wynosi już 9,8 tys. dol. To niemal dwa razy więcej niż rok temu. Powody? Dużo wolnej gotówki na rynkach, co znajduje ujście nie tylko na giełdach akcji, ale i towarów, połączone z coraz większą wiarą w mocne popandemiczne odbicie światowej gospodarki. Ale też bieżące czynniki, jak szybko rosnący popyt na surowce ze strony przemysłu, który zderza się z zaburzeniami w łańcuchach dostaw. Chodzi o kłopoty z transportem (brak kontenerów) czy – ostatnio – lokalne problemy u największych światowych producentów. Do takich należy Chile, a tam właśnie pracownicy portowi ogłosili strajk. To wraz z nienajlepszą sytuacją covidową w Ameryce Południowej (drugim poza Chile liczącym się dostawcą rudy miedzi z tego obszaru jest Peru) wzbudza obawy o ciągłość dostaw.
Miedź jest w cenie, bo do świadomości inwestorów przebija się również pogląd, że popyt na nią będzie trwale rósł i z innych przyczyn niż tylko odreagowanie po kryzysie COVID-19. Ekonomiści banku inwestycyjnego Goldman Sachs w połowie kwietnia opublikowali raport pod wymownym tytułem „Miedź to nowa ropa”. Dowodzą w nim, że zapotrzebowanie na metal będzie rosło wraz z postępem zielonej transformacji gospodarki. Ich zdaniem bez miedzi nie da się zastąpić paliw kopalnych odnawialnymi źródłami energii, a to jeden z warunków ograniczenia emisji CO2 i wypełnienia zobowiązań wynikających z paryskiego porozumienia klimatycznego z 2015 r.