Dziś mamy poznać szczegóły zawartej w zeszły czwartek umowy społecznej między rządem a górniczymi związkami zawodowymi. Główne punkty porozumienia obejmują rozciągnięty na prawie 30 lat harmonogram wyłączania kopalni oraz gwarancje dla ich pracowników. Górnicy mają mieć zapewnione zatrudnienie do emerytury, a w razie gdyby miejsc pracy w odchudzanym sektorze wydobywczym nie starczyło – hojne świadczenia osłonowe: płatne urlopy przedemerytalne dla tych z dłuższym stażem i jednorazowe odprawy dla tych z krótszym.
Negocjacjom i poszczególnym ustaleniom poczynionym między rządem a związkami nie szczędzi się słów krytyki. Część z nich ma głębokie uzasadnienie. W obliczu wszystkiego, co wiemy o trendach rynkowych i regulacyjnych w Unii, a nawet o ogłoszonym niedawno rządowym planie dotyczącym energetyki, który zakłada wydzielenie i stopniowe wygaszanie aktywów węglowych, harmonogram, w którym ostatnia kopalnia pracowałaby do 2049 r., jest nierealistyczny i ma mizerne szanse na notyfikację Komisji Europejskiej, koniecznej, by plan wszedł w życie. Wątpliwości mogą też budzić ogromne inwestycje w czyste technologie węglowe. Analitycy branżowi słusznie wskazują również, że wbrew szumnym deklaracjom towarzyszącym umowie nie obejmie ona całego sektora wydobycia węgla – poza jego rygorami pozostaną kopalnie należące do Jastrzębskiej Spółki Węglowej oraz Bogdanka.
Z punktu widzenia wymogów zielonej transformacji polskiej gospodarki węgiel jest kulą u nogi – nie tylko w sensie wizerunkowym. Utrzymywanie działalności kopalni wymaga bowiem de facto nie tylko coraz większych dopłat, lecz także hamowania rozwoju OZE. To w kwestii węglowej, a nie w jakiejś ideologicznej niechęci do czystej energetyki, zamiłowaniu do nieskażonego wiatrakami krajobrazu czy też sympatii dla walczących z ich ekspansją lokalnych społeczności, należy doszukiwać się genezy wieloletniego impasu w sprawie liberalizacji obowiązującej od pięciu lat zasady 10H, zgodnie z którą wiatraki mogą powstawać w oddaleniu co najmniej dziesięciokrotności wysokości masztu od zabudowań. Nazbyt szybki rozwój farm wiatrowych mógłby bowiem przyczynić się do szybkiej redukcji udziału węgla w krajowym miksie energetycznym, czyniąc sytuację sektora wydobywczego i energetyki konwencjonalnej jeszcze bardziej rozpaczliwą.
Nawet przyjaźnie nastawiony do górników, a sceptycznie do Brukseli rząd musi jednak ostatecznie pogodzić się z nieuchronnym charakterem pochodu dekarbonizacji. Zaklęcia tu nie działają; jeśli nie wpiszemy się w nowy zielony ład, w perspektywie paru lat wszyscy będziemy za to słono płacić, a rosnące przy kopalniach zwały węgla przemawiają do zbiorowej wyobraźni bardziej niż jakikolwiek unijny program promocji ekologii. Ta zmiana świadomości dotyczy także górników, którzy jeszcze kilka lat temu na propozycję podpisania podobnej umowy odpowiedzieliby, prawdopodobnie ruszając na Warszawę.
W dyskusji wokół porozumienia, jak zawsze gdy mowa o polskim górnictwie, związkach zawodowych i państwowych subsydiach, pojawiają się też głosy nierozsądne. Są krzykliwe nagłówki: „Rząd uległ górnikom”, „Górnicy wymusili na rządzie gwarancje zatrudnienia”, wyliczenia, ile kosztować będą „nowe przywileje”, i załamywanie rąk, że tak dużo. A także pytania: dlaczego górnicy, a nie na ten przykład językoznawcy? Wbrew sugestiom pytających, na pytania są sensowne odpowiedzi. Państwo i my wszyscy mamy zobowiązania wobec grup zawodowych, których miejsca pracy znikają nie z ich winy. A już zwłaszcza dotyczy to grupy, z owoców pracy której korzystali wszyscy i które zapewniały całemu kraju możliwość rozwoju. Ale warto spojrzeć na to także z innej perspektywy: miliardy złotych przeznaczone na osłony, choćby miały one mieć charakter „dochodu gwarantowanego”, po prostu się opłacają, bo pozwalają uniknąć dużo większych kosztów związanych choćby z widmem strukturalnego bezrobocia. A wypracowywanie tego typu porozumień w drodze negocjacji między rządem a stroną społeczną to dobry europejski standard.