HANDEL W tym roku Polska znowu stała się importerem energii netto. Możemy jej mieć dużo i niedrogo, ale nie cieszy to ani rządu, ani tym bardziej rodzimych koncernów. Jedni i drudzy myślą, jak się przed nią bronić
ikona lupy />
Międzynarodowa wymiana energii / Dziennik Gazeta Prawna
W pierwszych czterech miesiącach roku nadwyżka importu nad eksportem energii wyniosła ponad 1 TWh (to kilkumiesięczne zużycie energii w firmie wielkości KGHM). W 2014 r., kiedy Polska była importerem energii netto, deficyt w skali całego roku wyniósł 2,2 TWh. W tym roku głównym czynnikiem było uruchomienie połączenia elektroenergetycznego NordBalt pomiędzy Szwecją a Litwą w drugiej połowie lutego 2016 r. W efekcie ceny hurtowe prądu u naszego sąsiada spadły poniżej polskich i most energetyczny między naszymi krajami (LitPol Link), który w ub.r. służył głównie eksportowi energii, teraz wykorzystywany jest już tylko do jej sprowadzania. Tani prąd płynie do nas też z Niemiec (chociaż to tranzyt) oraz bezpośrednio ze Szwecji i z Ukrainy, z którą w ubiegłym roku PSE podpisał umowę w ramach zabezpieczenia przed kolejnym blackoutem. To energia znacznie tańsza niż ta produkowana w polskich elektrowniach, więc jej import mógłby stanowić dobrą wiadomość dla konsumentów, zarówno tych indywidualnych, jak i przemysłowych.
Prąd importują spółki handlujące na Towarowej Giełdzie Energii. Możliwe są też bezpośrednie umowy z wytwórcami – np. dwa lata temu Polenergia Jana Kulczyka podpisała list intencyjny z ukraińskim Energoatomem, licząc na import taniej energii z elektrowni atomowej Chmielnicki po rozbudowie połączenia transgranicznego.
Rząd jednak zastanawia się, jak położyć taniej energii tamę. Czyżby nie chciał, by Polacy płacili mniej za prąd? – Dla naszych odbiorców moglibyśmy doraźnie uzyskać dużą korzyść z otwarcia granicy energetycznej z Niemcami, połączenia się z Chmielnickim, a także importu przez LitPol Link. Z pewnością mielibyśmy wtedy obniżkę cen energii w Polsce. W krótkim czasie okazałoby się jednak, że nie mamy własnej generacji. Wtedy albo przyjęlibyśmy model dostawców z zewnątrz, albo zostalibyśmy z wielkim kłopotem – tłumaczy Piotr Naimski, pełnomocnik ds. infrastruktury energetycznej, i zapowiada: Z Chmielnickim łączyć się nie będziemy.
Już przy obecnych hurtowych cenach energii opłacalność budowanych właśnie nowych bloków jest problematyczna. Przy dalszym spadku cen polskich koncernów nie stać by było na kolejne inwestycje. A te są konieczne. – Pod hasłem wolnego, wspólnego rynku taka wspierana publicznie energia będzie oferowana także w Polsce. Tej konkurencji nie wytrzymają krajowe elektrownie, górnictwo, nasz sektor energetyczny. Musimy temu przeciwdziałać. Są różne sposoby i nad tym się zastanawiamy. Będąc dużym krajem, nie możemy sobie pozwolić na monopol cenowy dostawcy, szczególnie w tej części Europy, w której się znajdujemy. Musimy wytłumaczyć naszą szczególną sytuację partnerom w Unii Europejskiej – zapowiada minister Naimski.
Jak rząd zamierza to osiągnąć? – Techniczne możliwości są już teraz. To operator sieci przesyłowych, czyli PSE, decyduje, czy wpuszczamy prąd, czy też nie – podpowiada Tomasz Chmal, ekspert Narodowego Centrum Studiów Strategicznych. Podkreśla jednak, że takie działania mogłyby się spotkać z protestami zagranicznych operatorów, dlatego trzeba próbować załatwić sprawę na drodze negocjacji. – Trudno mi w tej chwili wskazać forum, na jakim takie rozmowy miałyby się odbywać, ale niezależnie od wszystkiego trzeba przygotować dobrą argumentację. Moim zdaniem nie jesteśmy pozbawieni atutów w tej dyskusji – nie możemy się zgodzić, by napływ dotowanej energii destabilizował polski rynek – twierdzi ekspert. W skrajnym przypadku takie działania mogłyby przyjąć np. formę postępowania antydumpingowego.
Polska energia jest droższa niż niemiecka czy szwedzka, bo tam jest mocno dotowana poprzez wsparcie dla odnawialnych źródeł energii. Niemcy wydają na to 24 mld euro rocznie. Koszt wsparcia ponoszą odbiorcy indywidualni – stąd duże dysproporcje między cenami energii dla przemysłu i konsumentów w tym kraju. – Niemców na to stać, bo mają 3–4-proc. udział kosztów energii w gospodarstwie domowym. W Polsce natomiast jest to ok. 10. Nas nie stać na tę drogę – twierdzi Naimski. – Tej konkurencji nie wytrzymają nasze elektrownie i górnictwo – dodaje. Energetycy przyklaskują takiemu stanowisku. – Wolelibyśmy, by prąd z Ukrainy nie płynął do nas w ramach ciągłych dostaw, tylko stanowił pewne zabezpieczenie na wypadek sytuacji kryzysowych – przyznaje Henryk Baranowski, prezes PGE. Ukraiński prąd nie stanowi bowiem – zdaniem rządu i energetyków – uczciwej konkurencji. Około 40 proc. energii w tym kraju pochodzi z tańszych, jeśli chodzi o produkcję energii, elektrowni jądrowych, a węglowe nie podlegają kosztownym regulacjom klimatycznym UE.
Rząd stoi zatem przed paradoksalnym wyzwaniem: z jednej strony musi zapewnić warunki do utrzymania konkurencyjności polskiej gospodarki (a więc jak najniższe ceny energii), z drugiej – utrzymać poziom cen umożliwiający energetyce inwestycje. Dla przeciętnego odbiorcy realizacja tej polityki będzie oznaczała w najlepszym razie stabilizację cen na obecnym poziomie. ©?