Szacuje się, że książka „The World is Flat” Thomasa Friedmana sprzedała się w większej liczbie egzemplarzy niż wszystkie inne książki o globalizacji razem wzięte. Autor pokazuje, że zmiany technologiczne (internet), ograniczenie barier w handlu i włączenie wielkich obszarów gospodarczych do światowej wymiany handlowej (kraje byłego bloku sowieckiego, Chiny, Indie) łącznie doprowadziły do gwałtownie postępującej globalizacji i zmieniły reguły gry.
Reklama

Świat stał się płaski, czyli prowadzenie działalności gospodarczej i innej w skali globalnej stało się prawie tak samo łatwe jak lokalnie. Ta książka oraz inne przekazy medialne znacząco wpłynęły na postrzeganie globalizacji. Na przykład w badaniu przeprowadzonym wśród czytelników Harvard Business Review, czyli wśród osób mających znacznie szersze horyzonty niż przeciętny obywatel, respondenci uznali, że ponad 30 proc. rozmów telefonicznych to telefony transgraniczne, że liczba imigrantów pierwszego pokolenia stanowi 25 proc. ludności, że bezpośrednie inwestycje zagraniczne odpowiadają za prawie 40 proc. światowych inwestycji ogółem, oraz że relacja światowego eksportu do światowego PKB wynosi ponad 40 proc.

Tymczasem badania przeprowadzone przez prof. Pankaja Ghemawata pokazują, że liczba rozmów międzynarodowych to 2 proc. ogółu rozmów, liczba imigrantów to 3 proc. ludności, bezpośrednie inwestycje zagraniczne to tylko niecałe 10 proc. inwestycji ogółem, a relacja eksportu do PKB na świecie wynosi około 30 proc. Jak widać, dobrze wyedukowani i z reguły mocno zaangażowani w prowadzenie biznesu respondenci znacząco się pomylili, przeszacowując skalę globalizacji, co prof. Ghemawat nazwał efektem globaloney. Inne badania prowadzone na dużych międzynarodowych próbach, bardziej różnorodnych od czytelników HBR, pokazały, że ludzie przeceniają globalizację jeszcze bardziej.

Dane burzące powszechne przekonanie, że świat stał się globalny, są wszechobecne. Tylko 5 proc. firm coś eksportuje, a jak uwzględnimy mikrofirmy, to jest to raczej 2–3 proc. Tylko 12 proc. firm z listy Fortune 500, czyli gigantów tego świata, osiąga większe wpływy z rynków innych niż kraj pochodzenia, a tylko 3 proc. firm z tej listy ma co najmniej 20 proc. przychodów w każdym z regionów: Ameryka, Europa i Azja. A nawet w przypadku firm, które spełniają te warunki, jak BMW, nie można mówić o ich globalizacji w innych gospodarczych wymiarach. Na przykład 64 proc. produkcji BMW dokonuje się w Niemczech i 73 proc. globalnego zatrudnienia w BMW to zatrudnieni w Niemczech. Zatem nawet najbardziej globalne firmy pozostają lokalne, jeśli chodzi o produkcję i rynek pracy.

Jakie konsekwencje niesie z sobą efekt globaloney, czyli znaczącej różnicy między postrzeganiem globalizacji a jej prawdziwą skalą? Po pierwsze strach przed imigracją prowadzi do narastania nacjonalizmów, co już widać w zmianach popularności partii politycznych, co może przerodzić się w konflikty społeczne lub nawet militarne. Ten strach nie ma podstaw w danych, tylko opiera się na fałszywych przekonania wynikających z efektu globaloney. Po drugie, ponieważ świat jest o wiele mniej zglobalizowany, niż powszechnie myślimy, istnieje bardzo wiele potencjalnych korzyści z międzynarodowego rozwoju dla polskich firm. Ale ten rozwój musi być poprzedzony właściwym zrozumieniem różnic międzykulturowych, prawnych, oczekiwań i przyzwyczajeń konsumentów w innych krajach. Na szczęście na polskich uczelniach studiują już młodzi ludzie z kilkudziesięciu krajów świata, więc tę wiedzę można pozyskać, zanim popełni się błędy wynikające z efektu globaloney i przekonania, że świat jest płaski. Nie jest.

Dane burzące przekonanie, że świat stał się globalny, są wszechobecne