Obecny system emerytalny powstał nieomal ponad politycznymi podziałami. W pierwszej fazie (w 1997 r.) fundamenty pod reformę położyły SLD, PSL i nieboszczka UW. Konkrety (w 1998 r.) określiła koalicja AWS-UW (SLD udawał, że nie ma z tym nic wspólnego). Czy produkt stworzony tak zgodnym wysiłkiem może być wadliwy? Okazuje się, że może być kompletnym bublem.
Tyle że z tego systemu niełatwo się wycofać. Wprawdzie nie ma już ani UW, ani AWS, ale ważni ludzie z tych ugrupowań są w PO i PiS. Trwają na posterunkach pryncypialni piewcy „reformy” (Leszek Balcerowicz, Jerzy Hausner). Są (i mają dużo pieniędzy) OFE. Ale – przyznajmy – powstały też obiektywne fakty dokonane. W tych warunkach zmiana, nawet ograniczona, jest bardzo trudna.
Są liczne i bardzo poważne powody uzasadniające odrzucenie „zreformowanego systemu”. Nie ma tu miejsca na ich bliższą analizę. Ale dwie najbardziej fundamentalne sprawy trzeba wskazać. Wysokość świadczeń w tym systemie jest uzależniona od koniunktur na spekulacyjnych rynkach finansowych. Ubezpieczony nie ma praktycznie żadnej możliwości, by się przed tym zabezpieczyć. Z jego perspektywy wysokość świadczenia ma w znacznej mierze losowy charakter. Druga sprawa: system zawiera (w obu filarach) wbudowany mechanizm redystrybucji na rzecz... osób zamożniejszych. Wysokość świadczeń jest wprost proporcjonalna do zgromadzonego kapitału, tym wyższego, im wyższe ubezpieczony ma płace. Rzecz w tym, że osoby o wyższych dochodach, generalnie biorąc, żyją dłużej, a więc relatywnie dłużej pobierają świadczenie i wyjmują z systemu w stosunku do zgromadzonego kapitału proporcjonalnie więcej niż osoby o relatywnie niskich dochodach. Ten system nie tylko nierówności nie ogranicza, ale je potęguje. Można mieć wątpliwość, czy może być traktowany jako system ubezpieczeń społecznych.