Nie wszyscy o tym pamiętają (a niektórzy po prostu nie chcą pamiętać), ale „problem Cypru” nie zaczął się kilka tygodni temu. Nie zaczął się również w ubiegłym roku. Aby zrozumieć sytuację, w której znajduje się ten mały europejski kraj, trzeba się cofnąć co najmniej o dekadę, choć nawet wtedy zbadamy zaledwie niewielki fragment tej skomplikowanej układanki.

Cypr i Rosja dwa bratanki…

Historia uczy, że nic nie zbliża dwóch państw tak bardzo, jak obecność wspólnego wroga. W przypadku Cypru i Rosji, tym wrogiem jest bez wątpienia Turcja. W przypadku Cypru chodzi oczywiście o wieloletni zatarg dotyczący północnej części wyspy. Dla Rosji Turcja jest natomiast naturalnym rywalem na politycznej mapie świata. 

Wieloletnie pompowanie rosyjskiego kapitału w cypryjski system bankowy nie było więc podyktowane jego wyjątkowością (Rosjanie z łatwością mogliby znaleźć sobie inny przyczółek - zarówno dla bardziej, jak i mniej wiarygodnych transakcji finansowych), ale przede wszystkim względami geopolitycznymi. Dla Rosji Cypr był więc zarówno finansowym „oknem na świat”, jak również szpilką wbitą w plecy wielkiego rywala – Ankary.

Przez lata ta cypryjsko-rosyjska symbioza trwała w najlepsze i nie zmąciła jej nawet akcesja Wyspy Afrodyty do Unii Europejskiej. Oczywiście w jej wyniku cypryjski system bankowy stał się trochę szczelniejszy, a unijne wymogi dotyczące przejrzystości systemu podatkowego i tajemnicy bankowej delikatnie ostudziły zapał rosyjskich inwestorów. Generalnie jednak, nie odnotowano wówczas znacznego odpływu rosyjskiego kapitału, a Cypr był dla Moskwy „bezpieczną przystanią” w Południowej Europie.

Unijne rozczarowanie

Pomimo „finansowego płaszcza ochronnego” rozpostartego przez Moskwę, cypryjskiej gospodarki nie ominął globalny kryzys finansowy z 2008 roku. W latach 2009-2011 wzrost gospodarczy na wyspie utrzymywał się na dramatycznie niskim poziomie. Spadły również przychody z turystyki, która – oprócz sektora bankowego – była drugą najważniejszą gałęzią cypryjskiej gospodarki.

Jednak największy cios spadł na Cypryjczyków ze strony samej Unii Europejskiej. W 2011 roku oczy całego świata zwrócone były na Grecję, która znajdowała się na krawędzi bankructwa. Wówczas to właśnie UE podjęła decyzję o obcięciu 50 proc. greckich obligacji. Obligacji, w które mocno zainwestowały dwa największe cypryjskie banki – Laiki Bank oraz Bank Of Cyprus. Grecja została uratowana, a Cypr – pogrążony. W ten sposób Unia Europejska wyraźnie dała do zrozumienia, że we Wspólnocie są kraje ważniejsze i te, z których interesami nie trzeba się szczególnie liczyć.

Na ratunek Wyspie Afrodyty ruszyła… Rosja. Jednak nawet pożyczka w wysokości 2,5 miliarda dolarów jedynie odwlekła w czasie to, co nieuniknione. Wiedzieli o tym Cypryjczycy. Wiedziała o tym Rosja. Wiedziała również Unia. Cypryjska bomba zegarowa zaczęła tykać.
Co się odwlecze…

W marcu 2012 roku agencja ratingowa Moody’s postawiła jednoznaczną diagnozę: bez dopływu świeżego kapitału cypryjski system bankowy runie jak domek z kart. W czerwcu Wyspę Afrodyty odwiedzili przedstawiciele „trójki” – Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego. Rozpoczęły się długotrwałe negocjacje dotyczące ewentualnego bailoutu. Cypryjczykom powoli kończył się czas, a UE naciskała. Temu wszystkiemu z coraz większym zdenerwowaniem przyglądała się Rosja.

Dalsze zdarzenia to już mecz tenisa stołowego pomiędzy Moskwą a Brukselą. Mecz, w którym Cypr występował w roli piłki: UE proponuje 10 mld euro pożyczki w zamian za opodatkowanie wysokich depozytów w cypryjskich bankach. Cypr się waha. Rosja straszy. Cypryjczycy wychodzą na ulicę. Unia grozi. Cypr nadal się waha. Unia stawia ultimatum. Rosja odpuszcza. Cypr przyjmuje warunki bailoutu.

W efekcie zawartego porozumienia Cypr otrzymał od „trójki” pożyczkę w wysokości 10 mld dolarów, w zamian za gruntowną restrukturyzację sektora bankowego, likwidację Laiki Bank oraz opodatkowanie niezabezpieczonych depozytów powyżej 100 tysięcy euro – w większości rosyjskich.

Wyspa została więc uratowana przed bankructwem i masowymi protestami drobnych ciułaczy, którzy koniec końców odzyskają pieniądze z mniejszych depozytów, ale jeśli ktoś myśli, że jakikolwiek mieszkaniec Cypru ma dziś dobre zdanie na temat UE, to grubo się myli. Cypryjczycy dobrze wiedzą, że gdyby nie unijna decyzja o obcięciu 50 proc. greckich obligacji, to do kryzysu bankowego na wyspie nigdy by nie doszło.

„Cypr jest wyjątkowym krajem, który trudno porównać z jakimkolwiek innym w strefie euro. Sama sytuacja pokazała jednak, że nie każdy w Unii Europejskiej jest równy. Grecja, w którą zainwestowały kraje Zachodniej Europy, dostaje regularną pomoc od Unii, natomiast na Cyprze sytuacja wyglądała dramatycznie przy ‘zaledwie’ 10 mld euro potrzebnej pomocy” – mówi dziennikarz ekonomiczny Tomasz Jaroszek.

Rosja na łopatkach?

Dla samej Unii cypryjski bailout to dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze Bruksela zrobiła sobie dobry PR i pokazała, że jest wciąż zdolna do działania w sytuacjach kryzysowych. Po drugie, wysłała dość jednoznaczny (i bolesny) komunikat w kierunku Moskwy. Nie ma wątpliwości, że (oprócz samych Cypryjczyków), to właśnie Rosjanie stracą najbardziej na opodatkowaniu cypryjskich depozytów.

Jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi: dlaczego Rosja odpuściła? Dlaczego w decydującym momencie - gdy 19 marca br. były minister finansów Cypru Michalis Sarris udał się ze wizytą do Moskwy - Rosjanie nie zdecydowali się na zawarcie porozumienia za plecami Unii Europejskiej? Dlaczego Sarris odjechał z pustymi rękoma?

Istnieją trzy możliwe wyjaśnienia. Po pierwsze, cypryjskie żądanie były zbyt wygórowane, a jak dobrze wiemy – Rosja nie negocjuje z „terrorystami”. Po drugie, Rosjanie mogli mieć pełną świadomość, że nawet kolejna preferencyjna pożyczka nie zmieni już przesądzonego losu Cypru. Po trzecie – i ta hipoteza wydaje się najbardziej prawdopodobna – rosyjskie straty wynikające z cypryjskiego bailoutu nie są tak katastroficzne, jak mogło się to niektórym wydawać. Możliwe, że rosyjscy oligarchowie w porę zdołali wycofać część swojego kapitału z wyspy.

Poważne ostrzeżenie dostali już w 2011 roku, kiedy Cypr balansował na granicy bankructwa. Gdzie teraz ulokują swoje fortuny?

„Biorąc po uwagę niestabilną sytuację w strefie euro i precedens na Cyprze, najrozsądniejszym kierunkiem wydają się kraje niezależne od Unii, z bezpiecznym sektorem bankowym. Rozsądna jest Szwecja, której Unia nie może nic narzucić, a kraj ma bardzo stabilną bankowość. Pozostają również finansowe centra takie jak Singapur. Nie mam wątpliwości, że wielu milionerów zastanawia się teraz nad dywersyfikacją ryzyka. Nigdy nie było tak dużo pieniędzy na rynku, brakuje jednak bezpiecznych miejsc na ich zainwestowanie” – mówi Tomasz Jaroszek.

Co dalej?

Cypryjski bailout nie kończy finansowych kłopotów, z którymi zmaga się wyspa. Jednorazowa pożyczka nie załata wszelkich dziur w cypryjskim budżecie i nie rozwiąże wszystkich problemów mieszkańców. Wątpliwe jest również, że Cypr kiedykolwiek odbuduje „markę” swojego systemu bankowego.

Bank inwestycyjny Nomura szacuje, że gospodarka Cypru – która dotychczas w 1/3 opierała się na sektorze finansowym – w ciągu najbliższych dwóch lat może skurczyć się nawet o 15 proc. Wyspę czekają więc chude lata pełne rygorystycznych środków oszczędnościowych i cięć w budżecie. Niestety nawet to nie gwarantuje nam, że za kilka lat „wyrzut sumienia Europy” znów nie da o sobie znać.