Niemiecki trybunał warunkowo, jednak zgodził się na pomoc dla strefy euro

Niemiecki trybunał konstytucyjny orzekł wczoraj, że Europejski Mechanizm Stabilizacyjny (ESM), czyli stały fundusz ratunkowy strefy euro, oraz pakt fiskalny nie są sprzeczne z ustawą zasadniczą RFN. Sędziowie zastrzegli jednak, że na jakiekolwiek zwiększenie niemieckiego wkładu zgodę musi wydać parlament.

Niemcy są jedynym spośród 17 państw unii walutowej, które nie ratyfikowało jeszcze umowy o utworzeniu ESM. Bez ich zgody fundusz zwiększający możliwości obrony strefy euro przed kryzysem do 700 mld euro nie powstanie. Udział Berlina, jako największej gospodarki strefy euro, wynosi bowiem prawie 27 proc., co w liczbach bezwzględnych wraz z wcześniejszymi zobowiązaniami oznacza 190 mld.

Finansowanie przez Berlin pożyczek dla zadłużonych krajów Południa spotyka się jednak z coraz większym oporem. Ponad 37 tys. osób podpisało się pod wnioskiem do trybunału o zablokowanie ratyfikacji i przeprowadzenie w tej sprawie referendum. Oprócz zastrzeżenia co do wielkości niemieckiego wkładu sędziowie zażądali także, by obie izby parlamentu miały prawo do pełnej informacji i konsultacji w sprawie ESM.

Mimo to orzeczenie trybunału w Karlsruhe zostało dobrze przyjęte zarówno przez polityków, jak i przez rynki. – Dziś Niemcy ponownie wysyłają silny sygnał do Europy i poza nią, że z determinacją podejmujemy swoje zadania jako największa gospodarka Europy i odpowiedzialny partner. To dobry dzień dla Niemiec i dobry dzień dla Europy – oświadczyła kanclerz Angela Merkel.

Z równym entuzjazmem zareagowali inwestorzy. Indeksy giełd we Frankfurcie, a także Madrycie i Mediolanie wzrosły, natomiast euro kontynuowało trend wzrostowy, dochodząc do poziomu 1,29 dolara za euro, czyli najwyższy od czterech miesięcy.

ROZMOWA

Daniel Gros, dyrektor Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS) w Brukseli

Dla Polski unia bankowa nie jest korzystna

Rządy Polski i innych krajów UE spoza strefy euro obawiają się, że zaproponowana unia podzieli jednolity rynek finansowy. Banki Eurolandu zyskają ogromną przewagę, bo będą mogły liczyć na wsparcie potężnej instytucji we Frankfurcie, z którego to wsparcia nie będą korzystać banki polskie czy węgierskie. To słuszna obawa?

Już dziś banki z państw unii walutowej mogą potencjalnie korzystać ze wsparcia EBC, a banki spoza Eurolandu takiego wsparcia nie mają i mogą liczyć jedynie na banki centralne swoich własnych państw. Różnica będzie taka, że przynajmniej największe banki zostaną poddane nadzorowi EBC.

Banki, które mają polski kapitał, mogą być jednak postrzegane – nie z własnej winy – jako mniej pewne, bo niepodlegające tak surowym regulacjom.

Jeśli tak, to mówimy o zdrowej konkurencji między systemami nadzoru Polski i strefy euro. Niech polski nadzór pokaże, że wcale nie jest gorszy, a na pewno utrzyma zaufanie inwestorów.

Polski nadzór był skuteczny w okresie kryzysu. Ale to EBC dysponuje większymi środkami niż KNF i NBP.

Jeśli Polska ma zaufanie do swojego systemu nadzoru bankowego, nie ma potrzeby przystępowania do unii bankowej. Dopiero kiedy wejdzie w życie drugi etap unii bankowej i powstanie wspólny fundusz gwarancji depozytów, akcesja miałaby dla Polski sens. Taki fundusz pozwoli na dywersyfikację ryzyka systemu zabezpieczeń. Dziś lepiej dla was pozostać z boku. EBC podejmowałby decyzje, a to polski nadzór musiałby za nie płacić.