Seria błędów

Kolejna wpadka Merkel to czerwiec. Na wiadomość o tym, że stan hiszpańskich banków jest dramatyczny – bo utopiły setki miliardów euro w kredyty hipotecznych, których nie uda się już spłacić – niemiecka kanclerz początkowo zgodziła się na uruchomienie przez Brukselę 100 mld euro pomocy bez żadnych warunków wstępnych.

Ale bardzo szybko natura księgowej wzięła w niemieckiej kanclerz górę. Wbrew zapowiedziom ze szczytu UE okazało się, że wsparcie jest uzależnione od przeprowadzenia przez rząd Mariano Rajoya pakietu drastycznych cięć (103 mld euro do 2014 roku) – już wiadomo, że rachunek za dodatkową pomoc Unii obciąży hiszpański skarb państwa, przyczyniając się do bardzo szybkiego wzrostu długu (z 68 proc. PKB do 80 proc. PKB tylko między 2011 i 2012 r.). Co gorsza, utrzymano zasadę, zgodnie z którą spłata zobowiązań wobec wierzycieli publicznych ma pierwszeństwo w stosunku do wierzycieli prywatnych. To wystarczyło, aby rentowność hiszpańskich obligacji przekroczyła 7 proc., a Madryt na początku sierpnia stanął na skraju bankructwa.

Kanclerz zdołała również odcisnąć swoje piętno na instytucji, która jako jedyna w krytycznej sytuacji byłaby zdolna uratować wspólny pieniądz – Europejskim Banku Centralnym. W trakcie negocjacji nad traktatem z Maastricht na początku lat 90. Niemcy zażądały – jako warunek przystąpienia do unii walutowej – przyznania EBC większej niezależności niż ta, którą posiada Bundesbank. W przeciwieństwie do amerykańskiej Rezerwy Federalnej, której statutowym mandatem jest walka nie tylko z inflacją, ale także bezrobociem, unijny bank miał dbać o jedno: aby tempo wzrostu cen nie przekraczało 2 proc. skali w roku.

– Gdy wybuchł kryzys, Fed w porozumieniu z Białym Domem konsekwentnie wdrażał strategię wspierania słabnącego wzrostu, w ramach której przeprowadził m.in. dwie operacje wpompowania na dużą skalę pustego pieniądza (tzw. quantitative easing). W tym czasie Niemcy nie zgadzały się na jakiekolwiek poluzowanie gorsetu pierwotnych regulacji statutu EBC – podkreśla Nicolas Veron, ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla. Sytuacja stała się krytyczna na przełomie 2010 i 2011 r. Inwestorzy do tego stopnia stracili zaufanie do wypłacalności peryferyjnych krajów Europy, że rentowność ich obligacji poszybowała w górę i stanęły one przed widmem niewypłacalności. Aby nieco ostudzić nastroje, EBC zaczął skupować bony skarbowe najpierw Grecji, Irlandii i Portugalii, potem także Włoch i Hiszpanii. Obligacji tylko tych ostatnich dwóch krajów EBC nabył za prawie ćwierć biliona euro. Z kolei na początku tego roku z inicjatywy prezesa EBC Mario Draghiego bank podjął inną, „niekonwencjonalną” inicjatywę, którą trudno uznać za część strategii trzymania w ryzach inflacji: uruchomienie trzyletnich kredytów dla banków o rekordowo niskiej, 1-procentowej stawce i niebywałej wartości jednego biliona euro. Ale posunięcia te, choć odważne, przyniosły tylko krótkotrwałe uspokojenie na rynkach.

– Jednak za każdym razem Niemcy, największy udziałowiec EBC, ostro sprzeciwiały się strategii wykraczającej poza walkę z inflacją. Sprawia to, że inwestorzy nigdy nie wiedzą, na ile konsekwentnie bank będzie działał i czy nie są to operacje jednorazowe. Właśnie dlatego nie przynoszą one trwałego uspokojenia rynku – tłumaczy Neil Shearing. W proteście przeciwko nowej strategii EBC w lutym dymisję złożył niemiecki przedstawiciel w radzie banku i murowany kandydat na nowego jego prezesa Axel Weber. Siedem miesięcy później jego gest powtórzył główny ekonomista banku i także członek jego Rady Jurgen Stark. A teraz ostre boje z Draghim toczy szef Bundesbanku Jens Weidmann.

Mimo tak wielu błędów przez pierwsze cztery lata kryzysu nigdy nie powstała alternatywa dla niemieckiej koncepcji walki z kryzysem. Ręce bardzo szybko umyła Wielka Brytania, której premier David Cameron nie tylko nie przyłączył się do paktu fiskalnego, ale musi walczyć z potężną frakcją Partii Konserwatywnej, która nie chce mieć nic wspólnego ze strefą euro, a wręcz domaga się organizacji referendum w sprawie wystąpienia kraju z Unii Europejskiej.

Partnerami w dyskusji o przyszłości unii walutowej bardzo szybko przestały być dwa inne duże kraje Wspólnoty: Włochy i Hiszpania. Z powodu narastających kłopotów finansowych zostały one zepchnięte do roli petenta, który nie może dyktować warunków pomocy. Natomiast Francja, jedyna potęga gospodarcza, która mogłaby stawić czoła potężnemu sąsiadowi zza Renu, od początku kryzysu podporządkowała się Berlinowi. Tak powstał słynny duet Merkozy (Angela Merkel – Nicolas Sarkozy), w którym tak naprawdę tylko jedna osoba o wszystkim decydowała, a druga tylko przytakiwała.

Choć od wielu miesięcy eksperci opisują kryzys za pomocą dramatycznych słów, tym razem wiele przesłanek pokazuje, że niemiecki pomysł na ratowanie unii walutowej wyczerpał się. Najbardziej widać to po zmianie sceny politycznej w Unii. Po majowych wyborach we Francji Merkel straciła gładko przytakującego partnera w Paryżu. Po raz pierwszy od powstania Wspólnoty nowy francuski prezydent Francois Hollande buduje koalicję nie z Berlinem, ale z Rzymem i Madrytem.

Na czerwcowym szczycie UE po raz pierwszy przeciw Merkel otwarcie wystąpił jej najwierniejszy sojusznik, najbardziej „niemiecki” premier Włoch w historii – Mario Monti. Zapowiedział, że zablokuje wszelkie porozumienie, jeśli kanclerz nie podejmie kroków, które doprowadzą do obniżenia rentowności włoskich (i hiszpańskich) obligacji. – Niemcy mówią, że jeśli rynki domagają się wysokiej premii za ryzyko zakupu obligacji danego państwa, oznacza to, że kraj ten nie zrobił wystarczająco dużo, aby zreformować gospodarkę. Ale wysoki spread wynika też z czegoś innego: obaw, że strefa euro się rozpadnie – tłumaczył premier Włoch. – Czy wiesz, że to, co robisz, nie jest pomocne – syknęła po dziewięciu godzinach rokowań Merkel. – Wiem, ale inaczej nie mogę – odparł i dodał, że jeśli nie dostanie pomocnej ręki ze strony Niemiec, do władzy szybko powróci Silvio Berlusconi i wszelka rozmowa o reformach w ogóle się skończy. Opozycja wobec programu zaciskania pasa rośnie także w Hiszpanii. W Holandii, innym bliskim sojuszniku Niemiec, po wrześniowych wyborach może z kolei powstać rząd o populistycznym nastawieniu.

Merkel nie jest nawet pewna poparcia dla swojej strategii w kraju. Philipp Roesler, przywódca koalicyjnych Wolnych Demokratów, opowiada się za wyrzuceniem Grecji ze strefy euro. Sceptyczna wobec polityki rządu jest też bratnia partia CDU, bawarska CSU. A 12 września Trybunał Konstytucyjny orzeknie, czy forsowany przez Merkel Europejski Mechanizm Stabilizacji jest w ogóle zgodny z ustawą zasadniczą RFN.

O tym, że Angela Merkel zbliża się do ściany, świadczą także dane o finansach peryferyjnych krajów strefy euro. Za cenę drastycznych programów oszczędnościowych miały one ograniczyć dług publiczny oraz deficyt budżetowy i odzyskać zaufanie inwestorów. Tak się jednak nie stało. Miały na to za mało czasu, koniunktura gospodarcza na świecie była zbyt kiepska, a i konieczne zmiany niefundamentalne. Optymistyczne prognozy Komisji Europejskiej przewidują, że dziura w finansach publicznych Grecji wyniesie w tym roku 7 proc. PKB, Hiszpanii 6,4 proc., a Irlandii nawet 8,3 proc. A więc kilkakrotnie więcej niż zakładał niedawno przyjęty przez przywódców państw strefy euro pakt fiskalny. Rośnie, często gwałtownie, dług państw objętych programem restrukturyzacji. W przypadku Madrytu tylko w ciągu jednego roku skoczył on z 68 proc. PKB do przeszło 80 proc. dochodu narodowego. A dla Grecji, mimo kolejnych planów darowania zobowiązań, wciąż wynosi 160 proc. PKB.

Po raz pierwszy od 2009 r. grunt zaczyna palić się pod nogami także samych firm niemieckich. Zdaniem monachijskiego Instytutu IFO jest coraz bardziej realne, że w drugiej połowie roku kraj ponownie wpadnie w recesję. Powód jest prosty: zubożałych mieszkańców innych państw Unii nie stać już na kupowanie niemieckich towarów. Co gorsza, szefowie koncernów przestają wierzyć, że strategia Merkel się powiedzie. I przygotowują się na najgorsze: rozpad strefy euro. – Upadek wspólnej waluty byłby dla nas po prostu katastrofą – przyznaje prezes BMW Norbert Reithofer.

Zdaniem tygodnika „Der Spiegel” niemieckie koncerny radykalnie ograniczają inwestycje w krajach południa Europy, a niemieckie banki udzielają tam kredytów tylko z funduszy lokalnych oddziałów, aby zminimalizować koszty ewentualnego rozpadu unii walutowej. Jednak to tylko działania kosmetyczne. Zdaniem IFO łączne koszty dla Niemiec utopienia wspólnej waluty byłyby astronomiczne: 1,5 bln euro, czyli 40 proc. dochodu narodowego Republiki Federalnej. Na to złożyłyby się nie tylko straty spowodowane załamaniem eksportu z powodu gwałtownej aprecjacji ożywionej marki niemieckiej, ale także ogromne (700 mld euro) kredyty, jakie Bundesbank udzielił państwom południa Europy w ramach unijnego systemu banków centralnych i które nigdy nie zostałyby spłacone. – Zostaliśmy złapani w pułapkę. Nie możemy wyjść ze strefy euro – uważa prezes IFO Hans-Werner Sinn.