Sądowe batalie wytwórców z regulatorem o rekompensaty zaczęły się od decyzji urzędu z 2009 r. nakazujących znakomitej większości branży zwrócić część pobranej pomocy publicznej za 2008 r. Taki scenariusz powtórzył się w kolejnych dwóch latach.

Rekompensaty przysługują energetyce z powodu rozwiązania przed laty tzw. kontraktów długoterminowych. W latach 90. państwo podpisywało z elektrowniami wieloletnie umowy na dostawę energii. Dzięki tym umowom banki udzielały spółkom kredytów, za które zmodernizowano kilkadziesiąt bloków energetycznych. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej kontrakty trzeba było anulować, bo Komisja Europejska uznała je za niedozwoloną pomoc publiczną. Jednak spółki energetyczne musiały nadal obsługiwać kredyty. Aby to im umożliwić, uchwalono specjalne przepisy, na mocy których energetykom należy się rekompensata za utracone po rozwiązaniu KDT-ów przychody. Wysokość tej rekompensaty uzależniona jest m.in. od wielkości hurtowej sprzedaży prądu na rynku konkurencyjnym.

I tu zaczynają się kłopoty. URE uważa bowiem, że nie można traktować hurtowego handlu energią pomiędzy spółkami skupionymi w jednej grupie kapitałowej jako dokonywanego na rynku konkurencyjnym. I żąda zwrotu pieniędzy, gdyż w latach 2008 – 2010 większość handlu hurtowego prądem odbywała się w ramach grup kapitałowych i na tych danych były oparte wnioski o rekompensaty, jakie trafiały do regulatora.

Na żądanie zwrotu pieniędzy energetyka odpowiada pozwami, które w większości wygrywa. Dlatego procesów przybywa. Już dziś, jak wynika z szacunków DGP opartych na danych uzyskanych od grup energetycznych, łączna wartość sporów dotyczących rekompensat za lata 2008 – 2010 przekracza 2 mld zł. Łączna kwota roszczeń może jeszcze wzrosnąć. Obecnie bowiem URE szykuje decyzję o korekcie rocznej zaliczek pobranych przez energetykę na poczet kosztów osieroconych za 2011 r. Powinna być gotowa do końca lipca. Prezes URE znowu może zażądać zwrotu części rekompensat.

– Nie można jednoznacznie określić, jakich decyzji mogą się spodziewać wytwórcy. Jeśli jednak podejście regulatora do stosowania ustawy o rozwiązaniu kontraktów długoterminowych nie ulegnie zmianie, to należy oczekiwać kolejnych procesów – mówi DGP Janusz Ogłaza z kancelarii CMS Cameron McKenna, która reprezentuje m.in. Tauron. W oparciu o wyroki sądu zmieniające decyzje prezesa URE dotyczące 2008 r. spółka zainkasowała już dodatkowe 158,8 mln zł. Sprawa jest prawomocnie rozstrzygnięta, ale jak ustalił DGP, URE zamierza skorzystać z prawa do skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego. – Będziemy odwoływać się od wyroków – zapowiada Agnieszka Głośniewska, rzeczniczka URE.

Konstrukcja rekompensat jest taka, że wypłacane są faktycznie przez PSE-Operator, zarządzający głównym liniami energetycznymi w kraju. Pieniądze na ten cel zbierane są z opłat pobieranych od klientów.

– Jeśli elektrownie wygrają spór o dodatkowe miliardy, opłaty pójdą w górę – mówi Krzysztof Żmijewski, ekspert w branży energetycznej, były szef PSE. Jego zdaniem rekompensaty w ogóle nie powinny już trafiać do elektrowni, bo te pieniądze nie idą na inwestycje.

Lawinę procesów uruchomiła decyzja URE z 2009 r.

Wytwórcy energii kontra URE

Z dziesięciu sporów dotyczących rozliczeń pomocy za 2008 r. w pierwszej instancji aż dziewięć wygrała energetyka. Z ośmiu rozpraw dotyczących 2009 r. już trzy wygrali wytwórcy, w jednej zwyciężył URE, a reszta jest w toku. W sądach toczą się już także cztery rozprawy dotyczące 2010 r. Z URE procesują się: PGE, Tauron, Enea, ZE PAK i kontrolowana przez EdF Elektrociepłownia Zielona Góra. O największą stawkę gra PGE, najpotężniejsza grupa energetyczna w Polsce. Łączna wartość sporów sądowych w jej przypadku wynosi 1,65 mld zł. Roszczenia Enei, trzeciej pod względem wielkości grupy w Polsce, dotyczą lat 2008 – 2010 i łącznie wynoszą 275 mln zł.