Skala ograniczenia deficytów budżetowych w krajach Unii Europejskiej jest bezprecedensowa. Według obliczeń agencji Bloomberg, wartość zapowiedzianych i realizowanych cięć wydatków publicznych oraz podwyżek podatków w krajach „27” osiągnęła już 450 mld euro. Jednak coraz więcej ekonomistów i polityków obawia się, że Bruksela przeszarżowała, wpychając Wspólnotę w recesję i pozbawiając młode pokolenie przyszłości.

– Polityce zaciskania pasa powinno towarzyszyć stymulowanie wzrostu przez te kraje, których sytuacja budżetowa na to pozwala – oświadczyła w tym tygodniu szefowa MFW Christine Lagarde. Tego samego zdania jest premier Włoch Mario Monti.

– Prawidłową receptą na kryzys w strefie euro powinno być pompowanie na dużą skalę przez EBC taniego pieniądza, osłabienie euro, aby przywrócić konkurencyjność peryferyjnym gospodarkom unii walutowej, oraz uruchomienie funduszy stymulujących przez rządy państw jądra Eurolandu – mówi profesor New York University Nouriel Roubini, który jako jeden z nielicznych przewidział załamanie amerykańskiego rynku nieruchomości w 2007 r.

Z kolei główny ekonomista banku Nomura Richard Koo uważa, że Europa powinna pójść śladami Japonii, która po załamaniu rynku nieruchomości na przełomie lat 80. i 90. powstrzymała się od prowadzenia rygorystycznej polityki budżetowej. Dzięki temu kraj uniknął głębokiej recesji, choć przez kolejne dwie dekady rozwijał się bardzo powoli.

W Europie taki scenariusz może się jednak nie powtórzyć. Jak podano we wtorek, w I kwartale gospodarka strefy euro skurczyła się o 0,2 proc., a w kolejnych trzech miesiącach nie może spodziewać się wzrostu. Jednocześnie bezrobocie w Eurolandzie osiągnęło w lutym najwyższy poziom od powołania wspólnego pieniądza: 10,8 proc. osób w wieku produkcyjnym. Jeszcze trudniejsza jest kondycja krajów południa Europy. Według Komisji Europejskiej gospodarka Hiszpanii w tym roku skurczy się o 1,2 proc., a Grecji (piąty rok z rzędu) o 5,5 proc.

Zdaniem ekonomisty z Uniwersytetu w Berkley Brada DeLonga i byłego sekretarza skarbu USA Lawrence’a Summersa szczególnie kontrowersyjne są plany ostrych cięć budżetowych w krajach, które zachowały zaufanie rynków finansowych. Jednym z nich jest Francja, gdzie rentowność 10-letnich obligacji wynosi zaledwie 2,9 proc. Mimo to w poniedziałek starający się o reelekcję prezydent Nicolas Sarkozy ogłosił 5-letni plan uzdrowienia finansów państwa wart 115 mld euro.

– Z naszych obliczeń wynika, że nadmierne cięcie wydatków budżetowych w kraju, który ma niskie stopy procentowe, pogłębia recesję i pogarsza stan finansów publicznych, a nie go poprawia – ostrzegają DeLong i Summers.

Ale zwolenników rygorystycznej polityki budżetowej i monetarnej jest w strefie euro równie dużo i to oni, póki co, rozdają karty. – Konsolidacja finansów publicznych przywróci zaufanie do strefy euro i ostatecznie będzie stymulować wzrost. W każdym razie nie ma alternatywy: jedynym wyjściem z kryzysu zadłużenia jest ograniczenie zobowiązań – przekonuje szef Bundesbanku Jens Weidmann.

Dowodem na to, że inne niż standardowe rozwiązania nie przynoszą zdecydowanie lepszych rezultatów, jest Wielka Brytania. Londyn wprawdzie też wprowadza ostre cięcia. Ale nie podwyższa podatków, lecz je obniża, zaś całkowita redukcja deficytu ma nastąpić dopiero około 2017 roku.

– Program oszczędnościowy został rozłożony na wiele lat (deficyt budżetowy kraju ma wynieść w tym roku prawie 8 proc. PKB), a gospodarka skorzystała z obniżenia kursu funta do euro. Mimo to właściwie nie mamy wzrostu, bo w kryzysie ludzie i tak wstrzymują się z wydatkami – zwraca uwagę Richard Barwell, ekonomista Royal Bank of Scotland.

Dlatego też coraz częstsze są głosy, że Europa znalazła się w sytuacji, w której każde rozwiązanie jest złe. – Jeżeli przestanę ciąć wydatki, rynki finansowe stracą zaufanie do Hiszpanii. Ale jeśli będę ciął dalej, może to pogłębić recesję i wywołać zaniepokojenie inwestorów – mówi minister finansów Hiszpanii Luis de Guindos.

450 mld euro to koszt cięć i podwyżki podatków w UE