Pacyfik dla XVIII-wiecznej Europy był tym, czym dzisiaj są dla nas przygody kapitana Jacka Sparrowa i jego Czarnej Perły. Gigantyczny i niezbadany ocean – nazywany wówczas Wielkim Morzem Południowym, rozpalał wyobraźnię, bo krył niepojęte dla ludzkiego umysłu tajemnice. Dla jednych był okazją do szalonych przygód, dla innych źródłem wielkich dochodów.
Jednym słowem, Wielkie Morze Południowe było idealnym obiektem do spekulacji, tak jak trzysta lat później internet i rynek nieruchomości. Nie dało się ani zmierzyć, ani precyzyjnie zanalizować, ale potencjalnie mogło przynieść fortunę.
Właśnie tak musieli myśleć Brytyjczycy, którzy w 1720 roku kupowali akcje Kompanii Mórz Południowych. Założył ją Lord Skarbnik Robert Harley. Kompania miała prowadzić handel z koloniami hiszpańskimi w Nowym Świecie, co tak naprawdę sprowadzało się do importowania niewolników z Afryki Zachodniej. Była sprytnym wehikułem, który służył do finansowania pożyczek rządowych. Nie było z tym problemów, bo kurs kompanii rósł w szalonym tempie. Rozkręcała go obietnica sowitej dywidendy i umiejętnie podsycana przez mocodawców atmosfera niebotycznych zysków z eksploatacji nieodkrytych bogactw Wielkiego Morza Południowego.