Na dobre i na złe

– Pierwsze moje skojarzenie z Empikiem jest prozaiczne: młodzi ludzie siedzący na kanapach, fotelach, na podłodze między półkami i czytający książki – opowiada Dorota Malinowska-Grupińska. – Kilka lat temu ówczesny prezes Empiku Piotr Pilcer wprowadził te wszystkie fotele, stoliki i kanapy, tłumacząc, że dziś te czytające na miejscu dzieciaki nie mają pieniędzy na książki, ale za kilka lat będą dorosłe i będą mieć pieniądze. To było fenomenalne myślenie, które więcej dobrego przyniosło polskiemu rynkowi książki niż wszystkie akcje społeczne nawołujące do czytania – dodaje.

Ale równolegle z Empikiem otwartym na klienta zaczęła się coraz wyraźniej objawiać jego druga twarz: wyrachowanego gracza rynkowego. Szczególnie twardego dla wydawców. – Zaczął nadużywać swojej pozycji. To, co miało być eldorado dla rynku książki czy muzyki, okazało się tak naprawdę złotą klatką, więzieniem, w którym na lata utkwiły pieniądze wydawców – gorzko dodaje Krempa z Granic.pl.

Gdy mówi „złota klatka”, ma na myśli tak silne uzależnienie od Empiku, że wydawcy nadal współpracowali z firmą, choć ta zaczęła im dyktować coraz gorsze warunki. Kiedy więc sieć zaczęła przedstawiać im umowy, w których musieli godzić się na coraz późniejsze terminy płatności, wyższe opłaty półkowe (czyli za lepsze ustawienie książek), początkowo tylko złościli się we własnym gronie. Bo współpraca i tak im się opłacała. Kiedy jednak w 2007 roku Empik odmówił przyjęcia do sprzedaży książek z logo konkurencyjnej księgarni internetowej Merlin, po raz pierwszy wewnętrzny konflikt zainteresował szersze grono, choć głównie związane z branżą wydawniczą.

Od tamtej pory bitwy wybuchają regularnie. Grażyna Szarszewska, szefowa Polskiej Izby Książki, na pytanie o Empik wzdycha. – Niekończąca się epopeja. Opóźniają płatności, wprowadzają nowe opłaty półkowe, kombinują z systemem zamawiania. Wydawcy bulwersują się, zaczynają się stawiać, piszą listy. A potem i tak po cichu pojedynczo się dogadują. Mija kilka miesięcy i historia się powtarza – opowiada. – I jest to najlepszy dowód nie tyle na monopolistyczne praktyki sieci, ile po prostu na słabość nas, wydawców – dodaje.

Awantury nie miały większego wpływu na funkcjonowanie kolosa, bo w tym czasie świetnie sobie radził. Od 2005 do 2007 roku otwierał kilkanaście salonów rocznie. W 2008 roku pobił rekord – uruchomił 30 nowych placówek. W ubiegłym roku apetyty NFI Empik M&F jeszcze bardziej urosły. Gdy w lipcu ogłosił, że przymierza się do przejęcia największej krajowej księgarni internetowej Merlin, na rynku zawrzało. Sam przecież już miał prężną e-księgarnię Empik.com, a więc po połączeniu z Merlinem.pl byłby monopolistą. Do sfinalizowania transakcji była jednak potrzebna zgoda Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tu wojny toczone z wydawcami stały się niespodziewanie argumentem dla UOKiK, który nie zgodził się na połączenie. – Choć zgodnie z oficjalnymi danymi rynkowymi sieć Empik nie jest monopolistą i bardzo broni się przed używaniem takiego sformułowania, to w pewnych segmentach: beletrystyce, książkach dla dzieci, wydawnictwach kolorowych, jest ewidentnie liderem, i to od wielu lat – mówi nam Paweł Waszczyk, redaktor naczelny „Biblioteki Analiz”. – I najczęściej dla wydawców z tych segmentów jest partnerem realizującym bardzo znaczącą część sprzedaży– dodaje.

Wyjście awaryjne

Kiedy Empik nie dostał Merlina, postanowił przyjąć inną taktykę: drobnych przejęć. Jeszcze w 2010 roku kupił większościowy pakiet udziałów w spółce Virtualo specjalizującej się w sprzedaży e-booków. W lutym tego roku nabył pakiet kontrolny w spółce e-Muzyka, a w maju w Gry-Online.pl. Tak wszedł z każdej możliwej strony w biznes rozrywki internetowej. A to był dopiero początek. W czerwcu ogłosił, że ma 70 proc. udziałów w wydawnictwie Buchman (głównie podręczniki językowe), a w sierpniu dokupił ponad 80 proc. w Wildze (literatura dziecięca) oraz W.A.B. (literatura piękna). A na deser jeszcze 70 proc. w e-księgarni Gandalf.pl. Tylko na same wydawnictwa NFI Empik M&F wydał ponad 25 mln złotych.

– Choć nie zdobył Merlina, to i tak bardzo umocnił swoją pozycję na rynku – ocenia Waszczyk. Nie ma się więc co dziwić, że te ruchy wywołały nowe obawy wśród wydawców. Wystarczyła drobna iskra, by zaognić konflikt. Stało się nią tradycyjnie opóźnienie w płatnościach. Tym razem konflikt wylał się poza wąskie grono branży.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk opowiada, że żyła w nieświadomości mechanizmów działania branży do czasu, gdy z pisarki stała się autorką bestsellerów. – Książki piszę i publikuję od 2002 roku. Ale dopiero kiedy w ubiegłym roku „Cukiernia pod Amorem” zaczęła się naprawdę dobrze sprzedawać, moje kontakty z wydawcą się zacieśniły. Podczas rozmów w Naszej Księgarni dowiadywałam się bardziej szczegółowo, na czym polega działalnośc wydawnicza i jakie są jej bolączki z największym być może kłopotem, czyli opóźnieniami w płatnościach– opowiada nam Gutowska-Adamczyk.

W tym czasie poruszone problemami wydawców trzy portale literackie: Granice.pl, DuzeKa.pl i PrzyKominku.pl, zaproponowały akcję informacyjną, mającą zachęcić czytelników do kupowania książek prosto od wydawców zamiast od księgarzy, którzy nie płacą na czas. Akcja „Nie karm książkowego potwora” bezpośrednio nie odnosiła się do Empiku, ale i tak wszyscy wiedzieli, o jaką firmę chodzi. Kiedy Gutowska-Adamczyk usłyszała o akcji, postanowiła ją poprzeć, choć – jak sama przyznaje – wiele ze swojego sukcesu zawdzięcza tej sieci. – Sama prowadzę przedsiębiorstwo od ponad 20 lat i wiem jedno: w biznesie wiele zależy od uczciwości kontrahentów. Gdy jej nie ma, cały system zaczyna się walić – tłumaczy. – Prywatnie nic do nich nie mam, w tym roku w Empiku.com kupiłam książki za prawie 2 tys. zł, bo mają świetną ofertę. Ale mimo to uznałam, że trzeba się sprzeciwić ich praktykom – podkreśla.