Grecja bije w polskich kredytobiorców

Ludwik Kotecki, wiceminister finansów

Niepokoi pana wysoki kurs franka?

Bardzo. Tyle że przyczyny leżą za granicą i niestety recepty na to, by był niższy, także tam. A przyczyny to odwrót od dolara i euro oraz utrata zaufania inwestorów do tych walut. Nawet gdyby były jakieś próby interwencji u nas, byłyby nieskuteczne. Oznaczałoby to działanie przeciw trendowi, który jest bardzo silny.

Tak silny wzrost franka to objaw paniki czy realnych obaw przed nawrotem recesji?

Oba czynniki wchodzą w grę. W lipcu, gdy uzgodniono pomoc dla Grecji, został wykonany pierwszy krok. Ale nie rozwiązuje to całości problemu. Inwestorzy boją się nadal ewentualnego zarażenia kolejnych krajów. To powoduje ucieczkę od euro, a frank stał się bezpieczną przystanią. A ponieważ UE i strefa euro to nasz główny partner, to nasza waluta zmienia się tak jak euro.

Jaki ma to wpływ na realizację budżetu?

Na tegoroczny żadnego. A na przyszłoroczny – będzie zależało, na ile te zjawiska, o których mówimy, przełożą się na sferę realną. Pamiętamy lata 2008 – 2009 – wtedy kłopoty zaczęły się od kryzysu finansowego, ale przeszły na sferę realnej gospodarki, co skończyło się recesją lub spowolnieniem. Taki mechanizm może zadziałać teraz. Na szczęście to, co się dzieje obecnie z walutami, nie przekłada się na problemy w sektorze bankowym. Ostatnie stress testy banków trochę uspokajają. Ale jeśli te niepokoje się pogłębią, mogą się pojawić zmiany w postrzeganiu perspektyw gospodarczych przez inwestorów i konsumentów. Zmieni to ich zachowanie, prowadząc do spowolnienia wzrostu.

Na ile taki scenariusz jest prawdopodobny?

Patrząc na franka oraz na to, co się dzieje z rosnącymi rentownościami papierów skarbowych Hiszpanii czy Włoch, prawdopodobieństwo jest niestety niemałe. Potrzebne są szybkie i zdecydowane decyzje, podobne do tych, choć dalej idące, które podjęto na ostatnim szczycie państw strefy euro w lipcu. Do tego mamy jeszcze niezbyt dobre sygnały z USA i niezdrową rywalizację między Stanami a strefą euro, kto jest brzydszy, u kogo jest gorzej. To zabawa zapałkami. Bo każda wymiana ciosów odbija się na rentownościach i kursach walut.

Jaki to będzie miało wpływ na gospodarkę – o ile wzrośnie nasz PKB?

4 proc. w tym roku to scenariusz bardzo realistyczny. Natomiast obawiam się, że w przyszłym roku taki wynik, choć wciąż osiągalny i realistyczny, jest obarczony znacznie większymi ryzykami.

Według projektu w przyszłym roku potrzeby pożyczkowe brutto, czyli łącznie z obsługą zadłużenia z lat poprzednich, mają być rekordowe i wynieść aż 185 mld zł.

Ale to się już zmienia dzięki tej sytuacji, którą mamy obecnie. Na przykład nie emitujemy już bonów skarbowych, czyli papierów, które by zapadały w przyszłym roku. To znaczy, że potrzeby pożyczkowe będą mniejsze, niż założyliśmy w projekcie. Rezygnując z emisji bonów do końca roku, sukcesywnie zmniejszamy poziom przyszłorocznych potrzeb pożyczkowych – o ponad 10 mld zł. Druga ważna sprawa, to że chcemy osiągnąć 3 proc. deficytu sektora finansów publicznych w przyszłym roku.

Czy deficyt sektora finansów publicznych pod koniec roku będzie niższy?

Podtrzymujemy prognozę 5,6 proc. PKB, bo deficyt sektora to nie tylko różnica wpływów i wydatków budżetu centralnego. Jeśli chodzi o budżet centralny, to zakładamy, że deficyt będzie niższy o 10 mld.