Kiedy już LOT wychyla głowę ponad powierzchnię i zaczyna łapać oddech, związkowcy chwytają go za nogi. Jeśli dojdzie do zapowiadanego na koniec lipca strajku personelu pokładowego, firma może szybko pójść na dno. A nie brakuje innych zagrożeń. Wciąż rosną ceny paliwa lotniczego, wciąż nie jest znany termin dostawy nowych boeingów dreamlinerów, wciąż nie wiadomo, kiedy dojdzie do prywatyzacji firmy.

Bryłę oraz wnętrza warszawskiej siedziby LOT-u, przypominające statek Nabuchodonozor z filmu „Matrix”, zaprojektował zmarły niedawno w wypadku lotniczym Stefan Kuryłowicz. Ta chluba firmy nie jest już jej własnością. Została właśnie sprzedana, by przedsiębiorstwo mogło spłacić część długów i zdobyć środki na bieżącą działalność. W holu budynku stoi granatowa urna, do której stewardesy do 21 lipca będą wrzucać kartki, głosując za strajkiem lub przeciw niemu. Zgodnie z prawem może on wybuchnąć już pięć dni później.

– To zwykły szantaż. Protest w szczycie sezonu oznacza ogromne straty i jest bezsensowny. Jeśli ruch lotniczy zostanie wstrzymany, nie tylko utracimy przychody, lecz także będziemy musieli ponieść koszty wynajęcia hoteli dla pasażerów oraz odszkodowań – ostrzega rzecznik LOT-u Leszek Chorzewski.

– Wiemy, że strajk to zagrożenie dla przedsiębiorstwa. Dlatego dziwimy się zachowaniu zarządu, który parafował z nami porozumienie, a teraz nie wprowadza go w życie – mówi Elwira Niemiec, przewodniczącą Związku Zawodowego Personelu Pokładowego (ZZPP). Jej organizacja skupia ponad 500 z 700 pracujących w Locie stewardes.

Personel pokładowy wywalczył sobie dodatkowy dzień na odpoczynek za każdy przelot do Ameryki i na Daleki Wschód. Siedem lat temu w ramach oszczędności skasowano dwa dni takiego dodatkowego wypoczynku. Obecnie stewardesy uzyskały też zgodę na 3 dni dodatkowego urlopu kondycyjnego od 2012 roku.

Leszek Chorzewski tłumaczy, że wszystko jest na dobrej drodze, by umowa weszła w życie, nikt związkowców nie zwodzi, tylko rada nadzorcza poprosiła zarząd o dalsze informacje. Problem w tym, że najbliższy termin, w którym rada się zbierze, przypada dopiero na koniec sierpnia. Tak długo stewardesy nie zamierzają czekać i uznając zwłokę za casus belli, ogłosiły referendum strajkowe. W odpowiedzi kierownictwo firmy wstrzymuje personelowi pokładowemu wypłaty nagrody rocznej, której wysokość jest uzależniona od liczby wylatanych kilometrów. Dla niektórych osób to równowartość pensji.

Konflikt wciąż się rozszerza. Stewardesy twierdzą, że inne związki początkowo poparły ich żądania, ale zarząd je zastraszył. ZZPP zamierza w tej sprawie skierować sprawę do sądu.

Stefan Malczewski, przewodniczący „Solidarności” w Locie, przedstawia inną wersję zdarzeń: – Poparliśmy ZZPP, bo chcieliśmy pokazać, że problem istnieje. Tymczasem stewardesy, nie informując nas, rozpoczęły referendum strajkowe. To wszystko zaszło już za daleko. W obecnej sytuacji finansowej firmy wskazana jest powściągliwość.

Dodatkowo Malczewski wskazuje, że to nie stewardesy poniosły największe ofiary w ostatnich latach. Gdy pilotom obcięto pobory średnio o 20 proc., zarobki personelu pokładowego, choć okupione dłuższą pracą, nawet wzrosły.