Howard Schultz uczynił z picia kawy biznes, jakiego świat jeszcze nie widział, choć nie wymyślił nic nowego. Dzięki niemu kawiarnie z biało-zielonym logo Starbucks zadomowiły się na wszystkich kontynentach, a picie czarnego, aromatycznego napoju z papierowego kubeczka stało się oznaką dobrego gustu. – Nie ma o czym gadać. Moja firma nie jest przedsięwzięciem dobroczynnym – mówi Schultz o recepcie na sukces. Ale wbrew tym słowom nie jest bezlitosnym szefem nastawionym wyłącznie na pomnażanie zysku. Amerykańskim pracownikom gwarantuje wyjątkowo godziwe warunki zatrudnienia, jakich nie ma w wielu innych bogatych korporacjach, a część zarobku przeznacza na pomoc dla najbiedniejszych.

Do dzielenia się z innymi skłoniło go jedno doświadczenie z dzieciństwa. Gdy miał 7 lat, ojciec, rozwoziciel tetrowych pieluch do żłobków oraz szpitali położniczych w Nowym Jorku, stracił pracę z powodu urazu nogi i rodzina przez długie miesiące z ogromną trudnością wiązała koniec z końcem, bo nie przysługiwało mu żadne ubezpieczenie, zaś pensja matki była mikroskopijna. – Często brakowało nam nawet jedzenia – wspomina 57-letni dziś biznesmen. A były to lata 60. XX wieku: zwycięska w wojnie Ameryka rozwijała się w błyskawicznym tempie, dając początek nowym fortunom.

Dziś Schultz sam dorobił się ogromnego majątku. Według najnowszego zestawienia magazynu „Forbes” szef sieci Starbucks ma na koncie ponad 1,1 mld dol. Z własnych pieniędzy współfinansuje kilka fundacji, m.in. walczących z AIDS w Afryce oraz analfabetyzmem w Ameryce Północnej – w tym również w Stanach Zjednoczonych, i – z racji żydowskich korzeni – wspomaga towarzystwo przyjaźni amerykańsko-izraelskiej (dlatego w świecie arabskim bardzo często pojawiają się apele o bojkot Starbucksa w geście poparcia dla Palestyńczyków).

Kawa z kraju wojny

Ale przede wszystkim tak zarządza firmą, by łączyć własny zysk z pomocą dla potrzebujących. Dostawcami ziaren kawy dla jego sieci są często plantacje działające w modelu biznesowym fair trade (towar dostarczają rolnicy z ubogich państw, otrzymując za plony przyzwoitsze pieniądze, jednak końcowy produkt jest przez to w sklepach droższy od tradycyjnego) lub też wspiera zamówieniami najciężej doświadczone państwa. W ubiegłym roku Schultz specjalnie wybrał się do Rwandy, w której w 1994 roku doszło do największego ludobójstwa od czasu II wojny światowej – w ciągu trzech miesięcy wojny między plemionami Hutu a Tutsi zginęło co najmniej 800 tys. osób. Dziś uprawa kawy stała się dla tego afrykańskiego państewka jednym z kół zamachowych odnowy gospodarki. Nie dość, że zakontraktował na miejscu dostawy ziarna, to jeszcze na czas świąt Bożego Narodzenia zorganizował w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie specjalną promocję. Od każdego funta sprzedanej kawy pochodzącej z Afryki przelewał dolara na konto organizacji Global Fund, a ta z kolei przeznaczała pieniądze na pomoc chorym na AIDS na Czarnym Kontynencie. Jeden dolar to z zachodniej perspektywy wyjątkowo mało, ale koszt dziennej kuracji generycznymi lekami antyretrowirusowymi to zaledwie 43 centy (każdego dnia AIDS zabija w całej Afryce ok. 4,1 tys. osób). – Niektórzy nazywają Schultza cynikiem, który nagłaśnia własną działalność dobroczynną tylko po to, by w ten sposób przyciągnąć klientów. Jednak w jego akcje pomocowe angażują się najbardziej znane postaci, np. lider U2 Bono. Gdyby Schultzowi chodziło wyłącznie o zwiększenie zysku, z pewnością szybko by to upubliczniono i nikt nie chciałby z nim współpracować – mówi „DGP” Doris McGee z New York University.

– Jestem biznesmenem. Pomagam w sposób, w jaki najlepiej potrafię: poprzez zarabianie pieniędzy – mówi sam Schultz. Od 2008 roku ponownie przewodzi firmie, próbując przeprowadzić ją przez kryzys. Jego pierwszą decyzją po powrocie było zwolnienie ponad 7 tys. osób oraz zamknięcie ponad 900 kawiarni na całym świecie. Ta bolesna kuracja opłaciła się. W pierwszym kwartale tego roku zysk netto Starbucksa wyniósł 3,47 mld dol. i był wyższy aż o 44 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym (2,42 mld dol.).

Zbudowanie, rozwój, a teraz utrzymanie imperium to nie lada wyczyn dla człowieka, który zdobycie licencjatu – bo nie ma tytułu magistra zarządzania – zawdzięcza wyłącznie umiejętnościom sportowym. Jego rodzina była tak biedna, że nie stać jej było na opłacenie czesnego w lepszych szkołach. Dla małego Schultza sport stał się jedyną szansą na wyrwanie się z biedy. Z zapałem uprawiał wszystko: bejsbol, koszykówkę oraz futbol amerykański. Był tak dobry, że Northern Michigan University przyznał mu stypendium sportowe; tym samym stał się pierwszą osobą w rodzinie, która dostała się do szkoły wyższej. I dzięki sportowi zdobył tytuł licencjata w dziedzinie komunikacji społecznej.

Zaraz po studiach zaczął pracować: najpierw był sprzedawcą i marketingowcem w Xeroxie, w którym objawił nieprzeciętny handlowy i organizacyjny talent, potem podkupił go szwedzki koncern Perstorp AB, który próbował przekonać Amerykanów do przelewowych ekspresów do kawy ze Skandynawii. W wieku zaledwie 26 lat został wiceszefem oddziału firmy w USA. – Ciężko pracowałem, ale chciałem po prostu lepiej żyć. Miałem też wiele szczęścia i sporo determinacji – opowiadał po latach. Podczas jednej ze służbowych podróży trafił do Seattle, by przyjrzeć się lokalnej sieć sklepów z kawą, która sprzedawała sporo jego ekspresów. Tak po raz pierwszy zetknął się ze Starbucks.