Sposób 4: Przemilczanie bankructwa

Model dobrowolnego zrzeszenia kredytodawców próbujących uniknąć najgorszego powrócił w czasie obecnego kryzysu. Na początku 2009 r., gdy pierwsze symptomy krachu finansowego zaczęły docierać do Europy, w Wiedniu zebrali się szefowie kilkunastu zachodnioeuropejskich banków (głównie austriackich) dominujących na rynku bankowym Europy Środkowej i Bałkanów. Ich obawy koncentrowały się na czterech krajach (Rumunii, Serbii, Łotwie i Węgrzech), których rządy zaczęły sygnalizować napiętą sytuację budżetową. Bankowi decydenci złożyli wówczas zapewnienie, że do czasu uspokojenia sytuacji nie będą sprzedawać papierów dłużnych zagrożonych krajów i jeśli pojawi się taka konieczność, dobrowolnie wydłużą termin ich zapadalności (tzw. procedura roll over). Nie chodziło im rzecz jasna o altruistyczne ratowanie rządu w Budapeszcie czy Bukareszcie. Banki obawiały się, że zawirowania mogą przerodzić się w klasyczny kryzys bankowy, którego bankrutujące państwa nie będą w stanie ugasić z powodu braku pieniędzy na ewentualne bailouty. A dla nikogo nie było tajemnicą, że taki wstrząs najbardziej uderzyłby w dominujące na tamtejszych rynkach spółki córki austriackich instytucji kredytowych. Tzw. inicjatywa wiedeńska przyczyniła się – zdaniem obserwatorów – do ustabilizowania sytuacji w regionie i pomogła podpiętym do kroplówki MFW Rumunii, Węgrom i Łotwie przetrwać najgorsze. Dlatego kilka dni temu niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble zaproponował, by ten sam model został zastosowany przy przeprowadzaniu miękkiej restrukturyzacji greckiego zadłużenia. Czyli faktycznego bankructwa, tyle że inaczej nazwanego.

Sposób 5: Upadek, czyli sukces

Można również pójść w kierunku dokładnie przeciwnym i zamiast tuszować bankructwo, ogłosić, iż jest ono tak naprawdę... zwycięstwem bankruta. W grudniu 2008 r. prezydent Ekwadoru Rafael Correa zapowiedział, że jego rząd nie zamierza spłacać międzynarodowego zadłużenia, ponieważ jest to niemoralne. Correa, wykształcony w USA i Belgii ekonomista, miał w ręku wiele dobrych argumentów. Przypomniał, że prawie połowa liczącego ok. 10 mld dol. (jedna czwarta PKB) długu Quito to zobowiązania zaciągnięte przez kleptokratyczne reżimy wojskowe z lat 70., które zadłużały się nie w interesie swoich obywateli, tylko by wyprowadzać pieniądze na prywatne konta. Correa dodał, że jego kraj jest gotowy spotkać się w międzynarodowych sądach rozjemczych z wierzycielami, którzy nie zaakceptują takiej argumentacji. Tam jednak na pewno powoła się na historyczne precedensy z udziałem... Stanów Zjednoczonych. W końcu to Waszyngton po zwycięskiej wojnie roku 1898 z Hiszpanią, zajmując Kubę, odmówił spłacania długów karaibskiej wyspy wobec dawnej „niemoralnej” metropolii. Groźby Correi poskutkowały. W kwietniu 2009 r. rząd w Quito dumnie oznajmił, że wykupił ponad 90 proc. swoich obligacji po średniej cenie 35 centów do dolara, co znacząco poprawiło pozycję fiskalną Ekwadoru. Jak na razie nie wygląda też na to, by kontrowersyjne posunięcie prezydenta osłabiło ochotę zagranicznych inwestorów do robienia interesów z południowoamerykańskim krajem.

Scenariusz ekwadorski trudno jednak wyobrazić sobie w przypadku większej gospodarki. Rynki są bowiem bardzo pamiętliwe i nie zdarza się, by puszczały niezapłacony dług w zupełną niepamięć. Przekonały się o tym nawet władze ZSRR. W 1986 r. atomowe supermocarstwo, przed którym drżała połowa świata, musiało wykupić (po mocno obniżonej stawce) obligacje carskiej Rosji, których spłacania odmówił Lenin po zwycięskiej rewolucji bolszewickiej 1917 r. Dopiero wówczas Wielka Brytania (której banki straciły najwięcej) zgodziła się na to, by dopuścić do międzynarodowego obrotu pierwsze od siedmiu dekad międzynarodowe papiery dłużne radzieckiego rządu.

Często jednak bankructwa nie da się ukryć ani poprzez spektakularną dewaluację, ani semantyczne sztuczki z „reprofilowaniem”, „restrukturyzacją” czy „rolowaniem” długu. Wówczas rząd ogłasza po prostu, że wstrzymuje do odwołania spłatę swoich zobowiązań. Władze decydują się na ten krok, gdy wiedzą, że próba spłacania całego długu grozi natychmiastowym niekontrolowanym wybuchem społecznym. Tak było w przypadku najbardziej spektakularnych plajt ostatnich lat: w Argentynie (2002) i Rosji (1998). Jednak nawet wówczas subtelna gra na linii dłużnik – wierzyciel nie zostaje na dobre zerwana. I jedni, i drudzy próbują przekonać świat, że rozwiązanie było mniejszym złem. Rząd Argentyny w ramach negocjacji restrukturyzacji długu zaproponował wierzycielom haircut (czyli z angielskiego postrzyżyny) na poziomie 65 proc., co oznacza, że z każdego pożyczonego dolara mieli otrzymać ok. 35 centów. Spora część kredytorów (zwłaszcza prywatnych funduszy) uznała tę propozycję za drakońską i zapowiedziała dochodzenie swoich praw przed amerykańskim sądami. Wskórali niewiele i ostatecznie średni haircut po argentyńskimi krachu pozostał (według wyliczeń agencji Moody’s) na poziomie 65 – 70 proc. Zdarzają się też przypadki, że postrzyżyny sięgają 90 proc. (Boliwia w latach 80.), a czasem (jak w wypadku Dominikany w 2005 r.) 95 proc. zobowiązań.

Wierzyciel oczywiście traci, czasem nawet sporo. Nie do pozazdroszczenia jest też jednak sytuacja bankruta. Według raportu przygotowanego kilka lat temu przez Bank of England tylko jednemu na dziesięć kryzysów zadłużeniowych towarzyszy ostra recesja i krach systemu bankowo-pienieżnego. Trzeba pamiętać, że w czasie ostatniego kryzysu zadłużeniowego argentyński PKB w ciągu dwóch lat spadł o niewiarygodne 33 proc. Bezrobocie skoczyło do 25 proc. Odsetek osób żyjących poniżej granicy ubóstwa wzrósł z – i tak wysokich – 35 do 54 proc. społeczeństwa. Na ulicach pojawiły się zastępy tzw. cartoneros, czyli osób utrzymujących się ze zbierania i sprzedawania papieru do punktów skupu makulatury, a większość stacji telewizyjnych zaprzestała emisji drogich filmów i przeszła niemal wyłącznie na najtańsze w produkcji programy typu reality show.

Jak będzie tym razem

Którą z tych dróg pójdzie Grecja? Czy Unia Europejska działająca jednocześnie w interesie greckiego dłużnika, ale również jego zagranicznych wierzycieli (niemieckie i francuskie banki) zdoła ukryć prawdę o nieuchronności plajty Aten? Coraz więcej wskazuje na to, że nie. – Grecka gospodarka wpadła już w spiralę zadłużenia, z której nie ma ucieczki – uważa Max Otte, renomowany niemiecki ekonomista z uniwersytetu w Grazu. Podobnego zdania jest coraz więcej komentatorów, ekonomistów, a nawet polityków. Wśród najczęściej wymienianych argumentów na plan pierwszy wysuwa się to, że grecka gospodarka się kurczy. W pierwszym kwartale zanotowała 5,5-proc. spadek PKB. Jej wielkość jest dziś na podobnym poziomie co w 2005 r., podczas gdy inne kraje strefy euro odjechały o kilka – kilkanaście procent do przodu. W tej sytuacji, choć dług w liczbach bezwzględnych już nie rośnie, stale się powiększa w stosunku do produktu narodowego Hellady.

Co gorsza, tydzień temu agencja Standard & Poor’s obniżyła grecki rating do CCC, najgorszego poziomu ze wszystkich notowanych krajów. Poniżej jest już tylko kategoria D. Od angielskiego „default”, czyli bankructwo. W praktyce oznacza to, że greckich obligacji jako zastawu pod pożyczki nie powinien zgodnie z wewnętrznym regulaminem akceptować nawet Europejski Bank Centralny. Na dodatek Grecja już od 14 miesięcy nie ma ratingu na tzw. poziomie inwestycyjnym, co oznacza, że od jej obligacji trzyma się z daleka większość funduszy. Bankructwo wieszczy też sytuacja polityczna w kraju. Proreformatorski premier Papanderu walczy o polityczne przetrwanie, ale jego większość mocno się chwieje.

Plany zamiatania pod dywan problemu niewypłacalności natrafiają też na coraz większe opory w krajach północnej części Eurolandu. Nawet niemiecki magazyn „Der Spiegel”, dobrze zazwyczaj oddający nastroje niemieckiej klasy średniej i elit polityczno-biznesowych, napisał w najnowszym wydaniu, że grecka plajta jest nieuchronna. „Inaczej integracja pójdzie w kierunku unii transferowej, gdzie północ będzie nieustannie dopłacać do południa. Czyli powielenia procesu zjednoczenia Niemiec, którego koszty na dwie dekady zapchały ekonomiczny motor niemieckiej gospodarki bez osiągnięcia wyraźnego sukcesu” – pisze „Spiegel”.

W tej sytuacji bankructwo staje się coraz bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem. Joseph Marie Terray, francuski minister finansów z czasów Ludwika XV, zwykł mawiać, że kraj raz na sto lat powinien zbankrutować w celu przywrócenia równowagi ekonomicznej. Trudno odmówić racji temu stwierdzeniu. Choć może chcielibyśmy o tym zapomnieć, bankructwo jest nieodłączną częścią kapitalistycznego porządku rzeczy. Pozwala zacząć jeszcze raz od początku i uczy unikania błędów, które doprowadziły nas do upadku.