Ostanie miesiące upłynęły pod znakiem spadku cen mieszkań na wynajem. Z najnowszego raportu Expandera i danych agencji Metrohouse oraz portalu Gratka wynika, że średnie stawki w maju były niże o 1 – 3 proc. niż w kwietniu.

Największą korektę zanotowano w Białymstoku (-8 proc.), Łodzi i Szczecinie (-6 proc.). Nie drgnęły natomiast ceny w Krakowie, Poznaniu i Katowicach.

Analitycy te spadki tłumaczą rosnącą liczbą mieszkań na rynku wynajmu. Są to z reguły lokale używane najczęściej w wielkiej płycie lub w blokach z lat 60. – Ich właściciele to osoby, które przeprowadziły się do nowych mieszkań lub domów, a stare zostawili dla dzieci albo traktują jak lokatę kapitału – tłumaczy Piotr Krochmal z Instytutu Analiz „Monitoring Rynku Nieruchomości”. W Warszawie najwięcej takich mieszkań jest w centralnych dzielnicach. Oferty ze Śródmieścia, z Mokotowa, Żoliborza i Ochoty stanowią ponad połowę wszystkich zgłoszonych do wynajęcia stołecznych lokali. – Część z nich została wycofana z oferty sprzedaży – mówi Bartosz Turek z Home Brokera. Dlatego na Mokotowie kawalerki staniały o 4,4 proc., a w Śródmieściu o 4,6 proc. Jeszcze większe korekty są w dzielnicach peryferyjnych, np. w Wesołej stawki spadły o 13 proc, a Wilanowie o 9,1 proc.

Jednak jest to trend tymczasowy. – Kończą się umowy najmu mieszkań wynajmowanych przez studentów, a nowych transakcji jeszcze nie ma – wyjaśnia Krochmal. Ruch zacznie się pod koniec wakacji. Wtedy możliwe są nawet 10-proc. wzrosty.

Analitycy uważają, że rynek najmu będzie się w Polsce rozwijał, choćby ze względu na rosnącą mobilność społeczeństwa. Coraz więcej Polaków gotowych jest przeprowadzić się, jeśli dostaną dobrą ofertę pracy w innym mieście lub kraju. Drugim czynnikiem są drożejące kredyty i coraz bardziej restrykcyjnie sprawdzana zdolność kredytowa. Już dwa lata temu, gdy wprowadzono rekomendację S, a potem T, zwiększyła się liczba osób, których nie stać na kredyt. Rosnące stopy procentowe i utrzymujące się problemy na rynku pracy tylko spotęgują to zjawisko.