Do Polski wjeżdżają tanie linie autobusowe szkockiego biznesmena Briana Soutera. Zamierza on wstrząsnąć rynkiem w podobny sposób, jak to zrobili niskokosztowi przewoźnicy lotniczy. Ma szansę powodzenia, bo kryzys jeszcze bardziej wzmocnił pozycję tanich linii w Europie, zaś potencjalni pasażerowie mają węża w kieszeni. Na trasach krajowych firmy autobusowe dokładają do interesu, a PolskiBus.com oferuje bilety za złotówkę oraz komfort i jeszcze chce na tym zarabiać. – To szaleństwo – uważa część ekspertów. Gdy na początku minionej dekady startowały w Polsce tanie linie lotnicze, też wydawało się, że im się nie uda. Stało się inaczej.

Pierwsze 18 czerwonych autobusów z logo PolskiBus.com wyruszy na trasy już w niedzielę. Przewoźnik zaoferuje ekspresowe połączenia do 16 największych polskich miast oraz do czterech europejskich stolic. – Będziemy Ryanairem wśród linii autobusowych – zapowiada Brian Souter, który wciela już swój pomysł w życie na rynku brytyjskim, amerykańskim i kanadyjskim pod marką Megabus.com. Dla polskich przewoźników jego pojawienie się może oznaczać tylko kłopoty. Ryanair to największa niskokosztowa firma lotnicza w Europie, a jej szef Michael O’Leary z cięcia kosztów uczynił sztukę.

PolskiBus.com kopiuje system taryfowy tanich linii lotniczych. Im wcześniej zarezerwujesz bilet, tym niższe są ceny. Największe zainteresowanie budzi oczywiście pula biletów za złotówkę, na każdy przejazd w sprzedaży będzie ich tylko od jednego do kilku. – Ale nasza najdroższa oferta będzie tańsza o kilka, kilkanaście procent od konkurencji – zapewnia w rozmowie z „DGP” reprezentujący PolskiBus.com Piotr Pogonowski.

Zawalczą komfortem

Firma może obniżyć ceny, bo nie utrzymuje dworców i punktów sprzedaży. Bilety są dostępne przez internet. Tak samo jak w tanich liniach lotniczych do luku można zabrać darmo tylko 20 kg bagażu. Za resztę trzeba dopłacić. Bitwa cenowa będzie też możliwa dzięki produkowanym w Belgii autokarom Van Hool zabierającym 70 pasażerów, podczas gdy pojazdy konkurencji mieszczą nie więcej niż 40 – 50. Van Hool ma także bardzo oszczędny silnik o mocy 460 KM, który spala na trasie zaledwie 25 litrów paliwa na 100 km.

W jednym PolskiBus.com będzie się różnić od tanich przewoźników lotniczych: oferuje wyższy komfort. Pasażer siedzi w skórzanym fotelu, ma więcej miejsca na nogi, może połączyć się z internetem. Tymczasem w samolotach ludzie są stłoczeni jak sardynki. W popularnym boeingu 737-300 liczba miejsc siedzących w wersji dla tanich linii wynosi średnio 148, zaś dla tradycyjnego przewoźnika tylko 128.

Pierwsi tani przewoźnicy pojawili się w latach 70. wśród linii lotniczych. Pionierem tej działalności byli Amerykanie z Southwest, ich pomysł był prosty: upchnąć jak największą liczbę pasażerów i startować do kolejnego lotu, zanim silniki ostygną. Do tego dochodzą oszczędności na administracji, załodze i bazy w mniejszych portach lotniczych, w których obsługa jest tańsza, a lokalne władze chętnie dotują połączenia. Tani przewoźnicy sprzedają bilety tylko przez internet, a oferując niską stawkę podstawową, zarabiają na opłatach dodatkowych, np. na bagażu czy cateringu. – Tak zwane low costy mają przewagę na trasach do trzech godzin lotu. Oszczędzają na kosztach infrastruktury, omijają największe, ale i najdroższe porty lotnicze – mówi „DGP” prof. Włodzimierz Rydzkowski z Uniwersytetu Gdańskiego.

Podobną strategię stosują też tani przewoźnicy autobusowi. PolskiBus.com w wielu przypadkach nie będzie korzystał z dworców PKS, np. w Warszawie. Często, tak jak w USA, pasażerowie będą zabierani wprost z ulicy. Różnice między niskokosztowymi przewoźnikami a tradycyjnymi najlepiej widać w lotnictwie. Liczba pasażerów na jednego pracownika w Ryanairze to prawie 10 tys., podczas gdy w Air France/KLM – 700. PolskiBus.com liczy, że zacznie zarabiać najdalej po 18 miesiącach, podobnie jak firma Soutera w USA. Szkot już zapowiada, że w ciągu kilku lat flota autobusów zostanie zwiększona do 100, a inwestycje do 50 mln euro.

Brian Souter to jeden z najbardziej znanych biznesmenów na Wyspach. Niedawno został obdarowany szlachectwem przez królową Elżbietę II, mimo krytyki za wspieranie szkockich nacjonalistów i ostre wypowiedzi przeciw „promocji homoseksualizmu w szkołach”.

Ojciec był kierowcą autobusu, syn przygodę z transportem zaczynał już na studiach, pracując jako konduktor. Był nawet wówczas związkowcem. Na początku lat 80., gdy Margaret Thatcher zliberalizowała transport publiczny, wraz z siostrą i jej mężem otworzył linię ze szkockiego Dundee do Londynu, którą obsługiwały dwa wysłużone autobusy. Dała ona początek koncernowi Stagecoach Group (notowany na giełdzie od 1993 r.), którego roczne zyski sięgają dziś 250 mln funtów przy 2 mld funtów przychodów. Kontroluje 14 proc. rynku przewozów autokarowych w Wielkiej Brytanii. To już nie tylko autobusy, lecz także linia lotnicza i połączenia kolejowe obsługiwane do spółki z Richardem Bransonem i jego grupą Virgin.