Belka spotkał się w piątek z finalistami XXIV Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej i ich opiekunami (finał konkursu odbędzie się w sobotę i niedzielę). Uczestnicy Olimpiady pytali prezesa NBP m.in. o inflację i działania banku w sytuacji, gdy tzw. inflacja bazowa znacznie różni się od inflacji CPI - cen i usług konsumpcyjnych.

Belka wyjaśnił, że inflacja wywołana wzrostem światowych cen żywności, surowców, czy paliw w pewnym momencie się zatrzyma, albo nawet cofnie. Pod warunkiem jednak, że wzrosty cen nie zostaną przekształcone we wzrost płac, który przekroczy normalne tempo wzrostu wydajności pracy.

"Jeżeli by się okazało, że wysokie ceny - w cudzysłowie - cukru i benzyny, powodują, że pracownicy skutecznie zażądają znaczących podwyżek płac, to wtedy mamy już tzw. efekty drugiej rundy. Pojawia się niebezpieczeństwo spirali płacowo-cenowej" - powiedział Belka. Wyjaśnił, że wyższe płace powodują narastanie kosztów, co powoduje wzrost cen, co z kolei znowu przekłada się na wzrost płac.

Belka, pytany, czy w Polsce jest niebezpieczeństwo spirali płacowo-cenowej powiedział, że Polska gospodarka rośnie mniej więcej w tempie 4 proc., co jest "przyzwoitym, ale nie rewelacyjnym tempem".

"Natomiast w Polsce w dalszym ciągu jeden z motorów ożywienia nie działa. To znaczy popyt inwestycyjny sektora prywatnego, przedsiębiorstw prywatnych. Dopiero w ostatnim momencie zauważamy, że coś drgnęło (...) to może się okazać, że gospodarka zaczyna przechodzić na wyższy bieg" - powiedział.

Prezes NBP wskazał, że w takiej sytuacji pracownikom może być łatwiej wywalczyć sobie wzrost płac wyższy, niż by to wynikało ze wzrostu wydajności pracy. Zdaniem Belki w polskiej gospodarce wzrost płac rzędu 4-4,5 proc. nie powoduje inflacji. "Gdyby wzrost płac (...) przyspieszył do 8-10 proc., to już jest z punktu widzenia inflacji bardzo niebezpieczne" - ostrzegł.

Dodał, że bardzo istotna dla inflacji jest struktura rynku pracy, jak są ustalane płace, czy silne są związki zawodowe. Prezes banku centralnego powiedział, że z tego punktu widzenia polska gospodarka jest bardzo elastyczna i odporna na spiralę cenowo-płacową, bowiem tylko 8 proc. zatrudnionych w sektorze prywatnym należy do związków zawodowych. "Można więc powiedzieć, że w przedsiębiorstwach prywatnych związki nie mają większego znaczenia" - uważa Belka.

Zwrócił uwagę, że istnieją spółki, jak np. KGHM, Tauron, JSW, w których żądania płacowe są poparte wielką siłą związków zawodowych. "Nawet, jeśli te firmy mają środki i mogą sobie pozwolić na wzrost płac, to dla całej gospodarki jest to bardzo niekorzystne" - uważa Belka. Dodał, że jest to bowiem sygnał do presji na wzrost wynagrodzeń w innych firmach.

"Jeżeli wzrost płac zaczyna wyprzedzać tempo wzrostu wydajności pracy, to gospodarka traci na konkurencyjności i zaczyna wpadać w inflację" - powiedział szef NBP.

W piątek minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak zaproponowała prawie 8 proc. wzrost płacy minimalnej. Od 1 stycznia 2011 roku wynosi ona 1386 zł, ale resort pracy chce, by od przyszłego roku wyniosła ona 1500 zł. W poniedziałek GUS ma podać dane o wynagrodzeniach i zatrudnieniu w marcu 2011 r.

Zgodnie z ostatnimi danymi GUS inflacja w marcu liczona w ujęciu rocznym wyniosła 4,3 proc.