Lumpeksy, które na polski rynek wdarły się z początkiem okresu transformacji ustrojowej, okres swojego największego rozwoju przeżyły w ostatnich dwóch latach. Przyczyniło się do tego spowolnienie gospodarcze, podczas którego Polacy wyraźnie ograniczyli wydatki na produkty nie będące artykułami pierwszej potrzeby.

Lata boomu

W zeszłym roku powstała wręcz rekordowa ich liczba 3,2 tys. – wynika z najnowszego raportu HBI Polska. To ponad dwa razy więcej niż w 2008 r., kiedy zostało zarejestrowanych 1,55 tys. sklepów z używaną odzieżą. Przez ostatnie cztery lata powstało aż 8,5 tys. lumpeksów. Jest ich 23,6 tys. – To już blisko 6,5 proc. wszystkich punktów sprzedaży detalicznej – zauważa Anna Czulec z HBI Polska.

Kryzys już za nami. To nie oznacza jednak, że lumpeksy czeka zagłada. Wręcz odwrotnie, mogą one liczyć na kolejne lata prosperity. Eksperci szacują, że w tym roku spodziewać się można kolejnych 3 tys. nowych ciucholandów.

Dawno przystały one być miejscem wstydliwym i zakazanym, gdzie kupuje się tylko tanie ciuchy z Anglii, Francji czy Niemiec. Coraz częściej można w nich znaleźć rzeczy markowe, do tego z metką. – W ciągu ostatnich lat szmateksy przeszły transformację i stały się skarbnicą dającą możliwość kupna za bezcen kreacji największych dyktatorów mody – zauważa Tomasz Starzyk, analityk z Dun & Bradstreet.

Inny standard i zyski

To w lumpeksach poszukuje się najczęściej rzeczy oryginalnych i w stylu vintage, na które nastała moda. Przyczynił się do tego rozkwit sieci odzieżowych, który przyniósł ujednolicenie oferty odzieżowej. W związku z tym dziś sklepy z używaną odzieżą są mile widziane wszędzie. Mogą powstawać nie tylko w lokalach ukrytych w bramie, ale też na głównych ulicach miast czy w centrach handlowych.

– Nierzadko są komfortowo wyposażone, a ciuchy nie kłębią się w koszach, tylko elegancko wiszą na wieszakach według kolorów i rozmiaru. Stały się przyjazne dla klienta – zauważa Anna Czulec.

To spowodowało, że można na nich zarabiać więcej niż jeszcze dwa lata temu. Wówczas zysk na czysto dla właściciela sklepu oscylował w okolicy 8-10 tys. zł. Dziś jest to o około 2 tys. zł więcej.

– Zaletą tego rodzaju sklepów jest to, że ceny ustalą się samemu. Im taniej pozyska się towar, tym większą można narzucić marżę. A z tym nie ma problemu, bo hurtowni z tanią odzieżą jest cała masa. Dzięki temu na jednym ciuchu można zarobić od 2 do 10 zł – wyjaśnia Anna Zawadzka, właścicielka ciucholandu w Krakowie. Według niej w małych miastach większym powodzeniem cieszy się odzież sportowa znanych marek, a w dużych aglomeracjach ubrania światowej klasy projektantów.

Szybki zwrot

By biznes był dochodowy, trzeba jednak miesięcznie sprzedać łącznie 600 ubrań, co dziennie daje około 30 sztuk. Bywa, że nakłady na inwestycje w dobrym punkcie zwracają się już po trzech miesiącach. Średnio trzeba jednak czekać na to 6 – 8 miesięcy.

A ile potrzeba pieniędzy na własny biznes? Na zakup towaru trzeba mieć 20 tys. zł. Chyba że nastawiamy się na oferowanie markowych ubrań z wyższej półki. Wówczas potrzebne będzie na ten cel nawet 50 tys. zł. Koszt wynajęcia lokalu, który powinien mieć około 100 mkw., to ok. 5 tys. zł miesięcznie. Oprócz tego trzeba przeznaczyć 1 – 1,2 tys. zł netto na zatrudnienie pracownika oraz na wydatki związane z eksploatacją sklepu, co daje kolejny 1 tys. zł.

Można też spróbować swoich sił w sieci franczyzowej. Na rynku jest już kilka firm, które oferują taką możliwość. Są wśród nich m.in. sieć Okazja czy Brand News Products, które specjalizują się w końcówkach kolekcji znanych marek. W tej ostatniej na inwestycje wystarczy już 31 tys. zł. Za tyle, jak wylicza sieć, franczyzobiorca kupi licencję, towar i meble do sklepu. Zaletą tego konceptu jest to, że do prowadzenia placówki wystarczy lokal o powierzchni 20 mkw.