PE ustąpił w sprawie wielkości, ale nie ustąpił w sprawie polityczno-instytucjonalnych poprawek, jakie liderzy PE wpisali do budżetu 2011, choć mają one związek nie z budżetem rocznym, ale nową wieloletnią perspektywą finansową po 2013 roku. PE domaga się debaty na temat nowych własnych dochodów UE (w tym europodatku), które zasiliłyby unijną kasę w przyszłości. Ale w tej dziedzinie kompetencje mają rządy (obowiązuje jednomyślność) i jak na razie nie chcą się na to zgodzić.

"Chcemy porozumienia politycznego, by zapewnić stałe finansowanie polityk w przyszłości - tłumaczył szef komisji budżetowej, eurodeputowany Alain Lamassoure. "Kilka krajów, zwłaszcza te bogate, nie chce płacić więcej. I dlatego tym bardziej niezrozumiała jest odmowa pracy, by uratować finansowanie Unii w przyszłości i solidarność europejską" - mówił Lamassoure.

Brak porozumienia między Radą i PE jest najgorszą perspektywą

Jak ostrzega Lewandowski i Jędrzejewska, brak porozumienia budżetowego między obiema instytucjami - Radą i PE (wspólnie tworzą tzw. władzę budżetową UE) jest najgorszą perspektywą i oznacza prowizorium budżetowe. Wówczas budżet składać się będzie z tzw. prowizorycznych dwunastek, czyli jednej dwunastej budżetu za rok 2010 na każdy miesiąc.

Problemem jest to, że w przypadku prowizorium każdego miesiąca nie będzie można wydać więcej niż wynosi jedna dwunasta budżetu 2010. A w przypadku wielkich inwestycji infrastrukturalnych z funduszy spójności faktury spływają nie co miesiąc, ale za dłuższy okres i wtedy jest ryzyko, że nie będzie można ich zapłacić, bo przewyższą dostępne środki.

W tym roku negocjacje budżetowe przebiegają wyjątkowo dramatycznie. Po raz pierwszy zgodnie z Traktatem z Lizbony PE jest równoprawnym partnerem Rady ministrów finansów, jeżeli chodzi o wszystkie wydatki. Na ostatnim szczycie UE aż 13 państw, pod wodzą Londynu, Berlina i Paryża, podpisało się pod deklaracją przeciwko nadmiernemu wzrostowi wydatków.