Z ulic dużych miast znikły niemal zupełnie istniejące tam przez lata sklepy z zabawkami. Także marka z tradycjami niewiele znaczy – hipermarkety ze swoją ofertą wygrały ze sklepami działającymi często przez ponad 30 lat.

Jednak w lutym na Międzynarodowych Targach Zabawek w Norymberdze kupców z Polski było aż o 17 proc. więcej niż przed rokiem. Kryzys w tej branży nie jest mocno zauważalny.

– Gdy rozmawiamy z klientami, oni raczej nie narzekają. Otrzymujemy po kilka e-maili dziennie z prośbą o ofertę, bo ktoś otwiera sklep albo w małej miejscowości, albo w sieci, których ostatnio powstaje bardzo dużo. Ten segment rynku rośnie – mówi Bożena Michalska, dyrektor ds. promocji w firmie Granna produkującej zabawki edukacyjne.

Wzrasta, ale wolniej

Artur Jakubas, właściciel firmy Pinokio w Krakowie, która prowadzi hurtownię i sklep, podkreśla jednak, że dostrzega spadek obrotów.

– Obroty w ostatnich latach rosły w tempie 25–30 proc. rocznie. Wzrost ciągle jest, ale wolniejszy, około 20-proc. – mówi.

Pierwsze objawy kryzysu zauważa też Łukasz Pałubiński, pracownik biura obsługi klienta w firmie Bystrogłów z Wyszkowa prowadzącej sprzedaż internetową artykułów dla młodych naukowców.

– Ostatnie dwa lata były naprawdę dobre. Sprzedaż rosła. Jednak od lutego jest pewien spadek – mówi Łukasz Pałubiński.

Artur Jakubas musiał zrezygnować z poprzednich dwóch sklepów w ścisłym centrum.

– Wygasły umowy najmu. W nasze miejsce weszły banki, które stać na astronomiczny czynsz – wyjaśnia Artur Jakubas.

Jego zdaniem lokal powinien mieć około 100 mkw. Najlepiej mieć własny, bo wysoki czynsz najmu obniża rentowność.

– Od kiedy 700-metrowa hala jest moją własnością, oszczędzam 4–6 tys. zł miesięcznie. Przy pełnym asortymencie (zabawki, artykuły dziecięce, odzież) lokal musi mieć co najmniej 50 mkw., przy skromniejszej ofercie wystarczy 20–30 mkw. – mówi Grażyna Bartocha z hurtowni Bumix w Częstochowie.

Niemal każdy sklep ma też swoją stronę internetową.

Klienci wracają

Otwierając sklep, trzeba mieć rozeznanie rynku, znać preferencje klientów.

– Wiele zależy od miejsca, miasta, konkurencji. Rynek zaczyna być nasycony, ale klienci zaczynają się odwracać od centrów handlowych i marketów i zaczynają preferować indywidualne sklepy, ale te muszą być urządzone na wysokim poziomie – uważa Artur Jakubas.

Asortyment to tysiące pozycji, od niemowlaka do licealisty. Klienci zaczynają doceniać markowe produkty, zależy im na europejskich atestach. Cena nie jest już tak ważna, jak do niedawna.

Rynek stale się zmienia. W ostatnich latach weszło wiele nowych produktów, wielką popularność zyskały gry i zabawki edukacyjne.