Nawet jeżeli marcowe odbicie miałoby być chwilą przerwy w dłuższej bessie, to szereg pozytywnych informacji na temat wyników amerykańskich i europejskich spółek finansowych zmusił inwestorów do zastanowienia się, czy nie powinniśmy wrócić do akcji.

Korzystając z historii jako nauczycielki, długotrwała hossa powinna zagościć dopiero, gdy wyniki spółek osiągną dołek. Historycznie stopa zwrotu z kapitału spada w europejskich spółkach do 8–9 proc. Na razie jest ona na poziomie 14 proc. Ponieważ słaby wzrost gospodarczy i ograniczenia w dostępie do kapitału są nadal na porządku dziennym, cyklicznie lub ciężko zadłużone spółki stoją w dalszym ciągu przed wyzwaniami.

Rynek nie jest miejscem dla osób o słabych sercach. Otoczenie nie zapewnia silnego globalnego wzrostu gospodarczego, a łatwy dostęp do (taniego) kredytu umożliwia zarówno słabym, jak i silnym spółkom pokazywać dobre wyniki.

Jeżeli ktoś potrafi właściwie dobierać spółki i ma długoterminowy horyzont inwestycyjny, to moment wejścia w akcje już chyba nadszedł. Historycznie rzecz biorąc, spółki o wysokiej jakości przynosiły o wiele wyższe stopy zwrotu właśnie w okresach słabego wzrostu gospodarczego. Często mają one większą kontrolę nad swoimi segmentami rynku (monopole).

Najlepszą strategią wydaje się być odnajdywanie spółek, które straciły na krótkoterminowych zawirowaniach, ale nie mają długoterminowych problemów strukturalnych. Ostatnie wzrosty i poprawa optymizmu nie biorą się z tego, że wiadomości są dobre, ale że nie są aż tak złe. Wprawdzie pomysł, że uniknęliśmy katastrofy, jest dobrą wiadomością, ale nie wystarczy, aby cały rynek nadal rósł. Selektywny dobór akcji może jednak przynieść dobre wyniki.