Prezydent Obama pod koniec marca wywołał falę szoku na rynkach, kiedy odrzucił plany restrukturyzacji General Motors (GM) i Chryslera. Cena akcji GM spadła o połowę w ciągu dwóch dni. Rząd amerykański wysłał jasny sygnał, że zaczyna mu brakować pieniędzy i woli politycznej, aby podtrzymywać sektor samochodowy. Bankructwo nie jest atrakcyjną propozycją, ale wygląda coraz bardziej na nieuniknione.

W lutym sprzedaż samochodów spadła do najniższego poziomu od grudnia 1982 roku. Wielka trójka (GM, Chrysler i Ford) przez lata traciła udziały w rynku. W latach 70. 85 proc. samochodów sprzedanych w USA było wyprodukowanych lokalnie. W 2008 roku udział ten spadł do 70 proc. (w tym produkcja zagranicznych koncernów, które otworzyły fabryki w Stanach).

Do tej pory wielka trójka była zbyt duża, aby pozwolić jej upaść. Eksperci szacują, że bezpośrednio i pośrednio zatrudniają one około 3 mln amerykańskich pracowników (2 proc. całości). Emitowane przez nich obligacje i swapy, które przerzucają ryzyko upadku emitenta, są warte dziesiątki miliardów dolarów. Ich upadek miałby wpływ nie tylko na gospodarkę, ale również na system finansowy.

Jeszcze za poprzedniej administracji GM i Chrysler miały przedstawić plan restrukturyzacji, który umożliwiłby otrzymanie dalszej pomocy od panśtwa. Obecny rząd stwierdził, że Chrysler nie poradzi sobie samodzielnie i musi znaleść partnera, zanim otrzyma dalsze wsparcie rządowe. GM - zdaniem rządu - w dłuższym terminie powinien sobie poradzić, ale zaprezentowany plan restrukturyzacji nie jest wystarczający. Urzędnicy zasugerowali, że bankructwo jest jedną z rozważanych przez nich opcji.

Co by się stało, gdyby jedna z tych spółek padła? Nawet jeżeli było to oczekiwane, nadal wywołałoby to szok w gospodarce i uderzyłoby w ogólny optymizm, z którym mamy do czynienia. Rynki finansowe miałyby również problem z przetrawieniem tego wydarzenia i jego wpływem na rynek długu. Jako ciekawostkę mogę podać, że koszt ubezpieczenia przed ryzykiem upadłości przekroczył poziom 100 proc. w skali roku. Jak to jest możliwe? Otóż kontrakty te rozlicza się zwykle kwartalnie, czyli jeżeli koszt ubezpieczenia wynosi 120 proc., to co kwartał trzeba zapłacić 30 proc., aby ktoś inny wziął na siebie ryzyko upadłości emitenta obligacji. Ach, te instrumenty pochodne...