Fundusze inwestycyjne uwielbiają podkreślać, że wyniki historyczne nie stanowią gwarancji na przyszłość ale może warto byłoby zobaczyć, jak różne klasy aktywów zachowywały się w trakcie ostatnich recesji, jak również w momencie kiedy gospodarka wychodziła z dołka. Jedną z klas, która zachowywała się lepiej niż akcje, były obligacje korporacyjne, a w szczególności obligacje o niższym ratingu.

Obligacje wysokodochodowe są klasyfikowane poniżej tzw. ratingu inwestycyjnego. Ponieważ ich jakość jest gorsza, oferują wyższe stopy procentowe, odzwierciedlając wyższe ryzyko dla inwestora. Ponieważ spółki mogą zbankrutować, to rating im przyznawany określa, na ile spółka jest w stanie spłacić swoje zobowiązania i w pewien sposób odzwierciedla jakość tej spółki. Rating inwestycyjny to niskie prawdopodobieństwo upadku, podczas gdy rating spekulacyjny oznacza wyższe prawdopodobieństwo.

W miarę jak gospodarka pogrąża się w kryzysie, prawdopodobieństwo bankructwa rośnie, co podnosi rentowność obligacji (i powoduje spadek ich ceny). Jak daleko ten proces zaszedł w 2008? Poziom bankructw sugerowany przez obecne rentowności obligacji sięgnął 35%. Jest to poziom stratosferyczny, zarówno w porównaniu z ostatnimi dwoma recesjami (10%), jak i latami trzydziestymi (16%).

Jeżeli przyjmiemy, że nie nadchodzi koniec świata, to obecne rentowności prezentują ciekawą okazję dla inwestora. Kiedy normalność wróci na rynek, oprocentowanie tych obligacji spadnie, co doprowadzi do wzrostu ich cen. Kluczem jest oczywiście dywersyfikacja ryzyka, ale dopóki zbankrutuje nie więcej niż kilkanaście procent spółek z portfela, wychodzimy na swoje. Czy inwestor akcyjny miałby taki komfort?