Mimo wciąż nie najlepszej koniunktury na rynkach kapitałowych inwestorzy już niebawem będą mogli uczestniczyć w swoistym święcie, jakim ma być prywatyzacja warszawskiej giełdy. Oczywiście to święto może mieć tylko charakter symboliczny, bo przecież spółka prowadząca giełdę nie różni się zasadniczo od innych firm, które decydują się na upublicznienie. Jednak z wszystkich instytucji infrastrukturalnych rynku kapitałowego GPW budzi największe emocje. Gdy do tego dodamy jeszcze państwowy charakter spółki, to nie może nikogo dziwić tak duże zainteresowanie planowaną ofertą.

Kilka dni temu minister skarbu przedstawił założenia prywatyzacyjne i główne parametry oferty pierwotnej. Zapewne jeden fakt należy ocenić jednoznacznie pozytywnie, to że w końcu wieloletnie zapowiedzi się zmaterializują i proces prywatyzacji się rozpocznie. Inne parametry dotyczące planowanej oferty, które przedstawił minister, już nie są tak jednoznaczne. Koncepcja akcji niemych służyć ma z jednej strony maksymalizacji wpływów do budżetu przy jednoczesnym zachowaniu pełnej władzy w spółce. Takie podejście może być zaakceptowane jedynie w krótkim horyzoncie czasowym, a w przyszłości powinien nastąpić drugi etap prywatyzacji. W przeciwnym razie zaprezentowana koncepcja w niczym nie będzie przypominała realnej prywatyzacji GPW. Natomiast działanie Ministerstwa Skarbu będzie bardziej przypominać ideę zjeść ciastko i mieć ciastko.

Niezależnie od intencji zastosowanie pierwszy raz akcji niemych właśnie przy okazji prywatyzacji giełdy jest posunięciem dalece niefortunnym. Instytucja, która patronuje idei corporate governance, namawia do wykorzystywania praw korporacyjnych wszystkich akcjonariuszy, akurat swoim inwestorom takie prawo odbierze. Podobnie ambiwalentne odczucia należy mieć do pomysłu wypłacenia przez Skarb Państwa jeszcze przed upublicznieniem GPW wieloletnich zysków spółki w wysokości około 400 mln zł. Argument ministra Grada, że państwo nie chce prywatyzować gotówki, jest sam w sobie zrozumiały i zapewne decyzja ta zostanie uwzględniona w wycenie spółki. Jednak taki drenaż spółki może dziwić w kontekście wieloletnich deklaracji dotyczących tworzenia w Warszawie regionalnego centrum finansowego. Nie chodzi tu nawet o sam fakt, że chcąc być liderem, należy legitymować się należytą kapitalizacją, ale o prozaiczny problem finansowania potencjalnych akwizycji, które wydają się być niezbędne do realizacji zakładanej koncepcji. Tych kilka wątpliwości, jakie nasunęły się mi i wielu obserwatorom rynku, wcale nie musi stanowić realnej przeszkody czy zniweczyć plan budowania znaczącego centrum finansowego wokół warszawskiej giełdy. Wymagają one na pewno jedynie szerszego komentarza ze strony Ministerstwa Skarbu, tak byśmy już dziś znali spójną, najlepiej długofalową koncepcję rozwoju giełdy.