– Być może nie powinniśmy szukać odpowiedzi na fundamentalne pytania, a po prostu przyłożyć termometr i ustalić, w jakim momencie jesteśmy oraz co robić, by rozwijać cyfrową transformację w szkołach w sposób systemowy. Ale zacznijmy od tego, jak rozumieć kompetencje cyfrowe – pytał red. Marek Tejchman, moderujący debatę.

Zdalne nauczanie to nie kompetencje

Zdaniem Andrzeja Sadłowskiego, dyrektora departamentu cyfryzacji i usług IT Urzędu Marszałkowskiego Woj. Lubelskiego, kompetencje cyfrowe to znajomość technologii oraz wiedza o tym, jak wykorzystać je do realizacji założonego celu. Jednak równie ważna jest umiejętność zarządzania zmianą, gdyż technologia wpływa również na procesy edukacyjne. Problemem w ich rozwijaniu jest zdaniem dyrektora kwestia, kto odpowiada za implementację nowych technologii w edukacji.

– W obecnych warunkach odpowiedzialność ponosi dyrektor szkoły. Czy wyobraża ktoś sobie, by odpowiedzialność za informatyzację placówki i cyberbezpieczeństwo banku ponosił dyrektor oddziału? Nie, ponieważ ma on do dyspozycji wyspecjalizowane działy wsparcia. W systemie edukacji podobną rolę mogłyby spełniać wojewódzkie centra informatyzacji i bezpieczeństwa, jednak takich instytucji nie ma. Trzeba więc postawić pytanie, czy ta odpowiedzialność w przypadku szkół jest prawidłowo ustawiona? I co zrobić, by ten proces mógł się rozwijać w sposób systemowy? – pytał Andrzej Sadłowski.

Paweł Poszytek, dyrektor generalny Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji, uważa, że wiele szkół już stało się liderami transformacji, problemem jest jednak skala. Nie należy przy tym mylić zdalnego nauczania z kompetencjami cyfrowymi. – Dla FRSE wyznacznikiem kompetencji jest, czy nauczyciele potrafią praktycznie wykorzystywać cyfrowe zasoby dla edukacji. Zdalne nauczanie to jedynie forma komunikacji – mówił dr Poszytek.

Liderzy i outsiderzy

Dyrektor FRSE przypomniał funkcjonujący od 15 lat europejski program eTwinning, którego zadaniem jest przygotowanie społeczeństw krajów UE do rewolucji cyfrowej i wyzwań gospodarki 4.0. Bierze w nim udział co czwarta z polskich szkół, realizując projekty edukacyjne z partnerskimi placówkami z Niemiec, Francji, Włoch i innych krajów. – Aby taki projekt stał się rzeczywistością, nauczyciele muszą wiedzieć, jak tworzyć zasoby cyfrowe, przechowywać je, zabezpieczać, aktualizować i dzielić się nimi. Na pytanie, jak radzili sobie ze zdalnym nauczaniem w czasie pandemii, śmieją się, bo to dla nich codzienność. Ale są też szkoły, które sobie nie poradziły. To nie jest podział terytorialny, bo przypadki liderów i oustsiderów zdarzają się nawet w tej samej gminie, w miejscowościach oddalonych o 10 km – mówił Paweł Poszytek.

Jego zdaniem rozwiązaniem tego problemu mogłoby być wykorzystanie doświadczeń maltańskich, czyli sieciowanie szkół, które działają blisko siebie. W takim transferze wiedzy i doświadczenia między placówkami niezwykle istotna byłaby jednak rola samorządów.

Asfalt czy edukacja?

Jarosław Jurzak, radny powiatu oświęcimskiego, przypomniał, że kiedy pięć lat temu wprowadzał systemy informatyczne w szkołach, często padały pytania „po co to robimy?” i „do czego to nam potrzebne?”. – Odpowiedź przyszła sama. Dziś padają już inne pytania: „co by tu usprawnić?”. W czasie pandemii te systemy informatyczne okazały się zbawcze. Ale to, czy szkoła będzie liderem, jest kwestią trwającego w niej procesu. Dzielenie się przez nauczycieli wiedzą i doświadczeniem, wymyślanie nowych rzeczy to bardzo pozytywne zjawiska. Problemem jest jednak to, że nikt nie zbiera tych informacji i nie ma obrazu całości. Tego właśnie brakuje do opracowania rozwiązań systemowych – mówił.

Jak stwierdził, na poziomie samorządu inwestycje w szkoły są bardzo często kwestią politycznej kalkulacji. Jeśli lepszy efekt wyborczy przyniesienie wyasfaltowanie drogi, wówczas podniesienie jakości edukacji schodzi na dalszy plan. To jest właśnie przyczyna, z powodu której bliźniacze placówki w sąsiednich gminach nie muszą wcale funkcjonować na tym samym poziomie.

Szkoła to nie tylko mury

– Powiem jak urzędnik: kompetencje cyfrowe to jedna z ośmiu kluczowych kompetencji według Komisji Europejskiej. Ale jako rodzic dodam, że pomagają one funkcjonować w realnym życiu, na przykład kiedy dziecko musi skorzystać z biletomatu. Czy szkoły staną się liderami? Są tam liderzy, ale efektu skali jeszcze nie widać – stwierdził Rafał Lew-Starowicz, zastępca dyrektora w departamencie podręczników, programów i innowacji w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

Jego zdaniem zawsze będzie w tej dziedzinie istniał rozdźwięk pomiędzy idealną wizją, a rzeczywistym wdrożeniem. Wynika to choćby z faktu, że dla niektórych uczniów internet w szkołach będzie znacznie wolniejszy niż ten, który mają w swoich domach. Dla innych z kolei będzie to jedyna możliwość dostępu do sieci. Zadaniem szkoły jest również wyrównywanie szans i dawanie możliwości rozwoju kompetencji cyfrowych wszystkim, co przekłada się na jakość codziennego życia.

Przedstawiciel MEN zwrócił także uwagę na spowodowaną pandemią COVID-19 zmianę postrzegania samej szkoły. – To już nie są tylko mury i nauczyciele. Pedagodzy, ale także sami uczniowie stali się przedsiębiorcami, komercjalizując swoje kompetencje i aplikacje edukacyjne. Ten proces trwa i bardzo ważną rolę odgrywa w nim umiejętność zarządzania danymi i wyszukiwania informacji – mówił Rafał Lew-Starowicz.

– Gdy rozmawialiśmy z nauczycielami z programu eTwinning mówili, że początkowo nie byli wcale biegli w nowych technologiach. To uczniowie byli często forpocztą zmian. Wygrywają ci, którzy byli gotowi na wyzwania. Nie powinniśmy patrzeć na to wąsko: nie ma jedynie „liderów transformacji”, są szeroko rozumiani liderzy, którzy potrafią odnaleźć się w różnych trudnych sytuacjach i nie boją się nowych rzeczy – dodał Paweł Poszytek.

Czy nauka może być jak gra?

Piotr Beńke z IBM nakreślił kilka obszarów cyfrowych kompetencji. Pierwszy to umiejętność posługiwania się narzędziami takimi jak komputery i aplikacje, drugi – umiejętność zastosowania ich do rozwiązywania konkretnych problemów. Trzeci obszar to umiejętność pracy z treścią, a kolejny to wiedza o zagrożeniach i ryzyku płynącym zarówno z samej technologii, jak i działań o charakterze cyberprzestępczym. Równie ważna jest znajomość regulacji prawnych i wiedza o tym, co wolno a czego nie powinno się robić w sieci. W przypadku edukacji należy też odróżnić dwie sfery – sam proces nauczania i administrowanie zasobami.

– W nauczaniu wyzwaniem jest treść – musimy się nauczyć pracować z nią w przestrzeni cyfrowej. Trzeba tworzyć platformy edukacyjne i zastanowić się, czy nie wprowadzić na nich elementów gamingowych po to, by młodzież mogła się chwalić wynikami w nauce na przykład w mediach społecznościowych – mówił przedstawiciel IBM. Jako przykład podał platformę edukacyjną, stworzoną przez jego firmę na wzór tej, na której szkolą się jej pracownicy. Za dobre wyniki otrzymują oni tzw. badge (odznaki), które są później honorowane na rynku pracy.

– Czy szkoły staną się dostawcą kompetencji dla gospodarki – pytał Marek Tejchman. Zdaniem Piotra Beńke już sama umiejętność tworzenia rozwiązań cyfrowych jest przydatna w pracy. Trzeba jednak pamiętać, że cyfrowa edukacja wymaga zmiany podejścia do treści, która – w przeciwieństwie do książek – powinna być cały czas uaktualniana oraz wzbogacana o atrakcyjne elementy graficzne i gamingowe.

Największe środki w historii

Rafał Lew-Starowicz zwrócił uwagę, że w komitecie edukacyjnym OECD, którego jest członkiem, wszelkie kwestie związane z inwestycjami w nauczanie przelicza się na wzrost PKB. Aby jednak ogromne wydatki na polski system edukacji – m.in. 400 mln zł na e-podręczniki i 2 mld zł na infrastrukturę edukacyjną i bezpłatny internet dla szkół przyniosły efekt, musi powstać rynek dla nowych usług. To z kolei wymaga otwarcia się szkół na współpracę ze środowiskiem informatycznym i naukowym, a także pracodawcami.

Przedstawiciel MEN przyznał, że impulsem do dużych inwestycji w edukację były środki unijne. Jego zdaniem znajdujemy się obecnie w momencie, gdy na szkoły i nauczanie przeznaczane są największe środki w historii. – To niepowtarzalny proces, ale nie chodzi tylko o doprowadzenie kabli do klas. To musi być kompatybilne ze zmianą podstawy programowej i kompetencji nauczycieli, by potrafili z tych możliwości skorzystać. Działania powinny być także zgrane w czasie i musi być jasne, kto jest operatorem tego procesu, bo rodzice zwykle recenzują tylko nauczycieli – mówił Rafał Lew-Starowicz.

Proces na wielu poziomach

Paweł Poszytek zauważył, że przełożenie edukacji na gospodarkę nie musi być wcale procesem liniowym. Będą bowiem miejsca, w których rozwój technologii i kompetencji cyfrowych będzie znacznie wyższy niż poziom całej gospodarki i odwrotnie. Jako przykład podał szkołę z Podkarpacia, współpracująca z supernowoczesną firmą drukarską i partnerską placówką z Niemiec. – Uczniowie z Niemiec przyjeżdżają tam na staże i są zdumieni, bo takiej technologii jeszcze nie widzieli. Te procesy będą więc zachodziły na różnych poziomach, w sposób symultaniczny – mówił dyrektor FRSE.

Andrzej Sadłowski dodał, że każdy system działa tak dobrze, jak jego najsłabsze ogniwo. – Być może sprawniej by to szło, gdyby odpowiednie reakcje następowały na szczeblach niższych niż rządowy. Są pieniądze i są liderzy. Trzeba diagnozować negatywne miejsca i reagować – apelował.

partner relacji