Pierwsza sprawa: w dyskusji o nowelizacji budżetu wiele osób zapomina, że wpisanie do ustawy 109,3 mld zł deficytu wcale nie oznacza, że tyle ten deficyt wyniesie. To tylko dopuszczalny limit. Ustawiając go na wysokim poziomie Ministerstwo Finansów zachowało się rozsądnie, bo lepiej zaplanować konserwatywnie duży ubytek w budżecie, niż nowelizować go drugi raz, gdyby się miało okazać, że druga fala pandemii robi demolkę w państwowych finansach. MF niczego przy tym nie ryzykuje, nie ma dziś niebezpieczeństwa, że rynek się wystraszy dużego niedoboru i nie będzie komu kupować obligacji. Po pierwsze, MF już sprzedało ich odpowiednio dużo, na kontach ma 125 mld zł gotówki, a potrzeby pożyczkowe (te już znowelizowane) sfinansowało w 90 proc. Po drugie, obecność Narodowego Banku Polskiego na rynku długu działa jak polisa ubezpieczeniowa. Gdyby zaczęły się jakieś harce, rynek stałby się mniej płynny albo kupujący żądaliby zbyt wysokich rentowności, NBP zawsze może wejść do gry, skupując obligacje od państwowych banków.

Co więcej MF, szarżując z planem deficytu gra też trochę na pozytywną niespodziankę pod koniec roku. Prawdopodobieństwo, że limit z ustawy nie zostanie osiągnięty w 100 proc., jest bowiem więcej niż duże. Na koniec lipca deficyt wynosił przecież tylko 16,3 mld zł. Żeby dociągnąć do 109,3 mld zł, w każdym kolejnym miesiącu rozjazd między dochodami a wydatkami musiałby sięgać 19 mld zł. Owszem, można powiedzieć, że mamy czasy kryzysowe, ale przecież większość wydatków na walkę z jego skutkami jest poza budżetem, to pieniądze Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 zarządzanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego i Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju. Rola pozabudżetowego finansowania – tak na marginesie – jest tak duża, że sam deficyt budżetu przestaje być głównym powodem generowania deficytu w całym sektorze finansów publicznych.

Trudno też zakładać, że dochody z podatków spadną jakoś gwałtownie, skoro w samym lipcu podatek od towarów i usług – główne źródło budżetowych pieniędzy – wypadł lepiej niż rok wcześniej. A odbicie konsumpcji, która jest dla niego bazą, nabiera kształtu litery V. Do tego z pewną rezerwą trzeba podejść do planów zwiększenia wydatków inwestycyjnych, które Ministerstwo Finansów tak mocno akcentuje przy okazji nowelizacji budżetu. Proces inwestycji publicznych jest długi, szczególnie tych kolejowych i drogowych. Rząd może zwyczajnie nie zdążyć wydać tych pieniędzy jeszcze w tym roku. Ale nic nie szkodzi, bo jeśli deficyt ostatecznie będzie niższy niż 109,3 mld zł, będzie to można ładnie opakować w sukces. „Patrzcie, jest ciężko, ale dzięki dobremu zarządzaniu finansami publicznymi udało się osiągnąć wynik lepszy od planu”.

Resort na taką pozytywną niespodziankę gra tylko trochę, bo tak naprawdę trudniejszym wyzwaniem dla niego będzie rok 2021, gdy wróci – choć w okrojonej formie – reguła wydatkowa i znów trzeba będzie się zmagać z kagańcem nakładanym na publiczne wydatki. Dlatego też wysoki limit deficytu to również zarządzanie saldem budżetu, czyli upakowanie ilu się da wydatków już w tym roku na poczet finansowania przyszłorocznych potrzeb. Najlepszy dowód to wysoka dotacja do Funduszu Solidarnościowego w wysokości 26 mld zł. To ponad jedna trzecia całego wzrostu wydatków wpisanego do nowelizacji. Fundusz wyda te pieniądze dopiero w 2021 r., finansując z nich trzynastą emeryturę, ale też obiecaną w kampanii prezydenckiej emeryturę czternastą. Sam regule nie podlega, wystarczy tylko, że dostanie odpowiednio duże finansowanie. Do tej pory rząd omijał swoje własne fiskalne zasady, pompując FS pożyczkami z Funduszu Rezerwy Demograficznej. I słusznie był krytykowany za kreatywną księgowość. Z tego punktu widzenia wypłatę dotacji budżetowej, zamiast kombinowania z pożyczkami, trzeba pochwalić, bo służy to przywróceniu większej przejrzystości budżetu. Ale jednocześnie trzeba też zadać pytanie, czy ten powrót do normalności potrwa dłużej niż rok, w którym wydatkowy pedał gazu można docisnąć względnie bezkarnie.