Po drugiej stronie wcale nie jest lepiej, choć to ona w tym starciu jest uprzywilejowana. Ot, wystarczyłoby rzetelnie powiedzieć, jak jest i nikt nie miałby pretensji. Mamy bezprecedensowy kryzys, jest jasne, że deficyt i dług muszą wzrosnąć. Ale zamiast punktować przeciwnika za obietnice składane bez pokrycia, rząd postanowił rzucić prezydentowi koło ratunkowe z betonu. Bo inaczej nie da się nazwać tego, co się wyprawia w komunikacji o stanie bud żetu w ostatnich dniach. Manipulacje, których dopuszczają się w tej materii przedstawiciele rządu, bardziej pomagają kandydatowi opozycji, bo uwiarygadniają jego tezę o kombinowaniu przy stanie państwowej kasy. Trudno inaczej nazwać akcję „wzrost dochodów”, jaką przeprowadzono w ostatnich dniach. Najpierw premier Mateusz Morawiecki na spotkaniu w Obornikach ogłasza sukces, czyli wzrost wpływów do budżetu o 3 proc. w porównaniu z zeszłym rokiem, jednoznacznie wiążąc to z gospodarczym odbiciem po pandemii, wzrostem konsumpcji i odbudową eksportu. Kilka godzin później Ministerstwo Finansów chwali się 9-proc. wzrostem dochodów podatkowych i stawia mocny akcent na „bardzo wyraźne odbicie w dochodach z podatku akcyzowego i w podatkach dochodowych”. „Co ważne, szczególne widoczne jest ono w podatku CIT. Drugi miesiąc z rzędu następuje trwały wzrost wpływów z podatków CIT. Oznacza to, że nadrabiana jest luka między wykonaniem budżetu państwa a harmonogramem” – podaje resort, sądząc zapewne, że nikt nie będzie tego wyborczego pudru zdrapywał, by dotrzeć do sedna.
Bo zarówno informacje podawane przez premiera, jak i MF są – mówiąc delikatnie – nieprecyzyjne. Owszem, dochody na koniec czerwca były o 3 proc. wyższe niż rok wcześniej, ale z poprawą stanu gospodarki ma to niewiele wspólnego. Decydująca była wypłata z zysku Narodowego Banku Polskiego, konkretnie 7,4 mld zł, której NBP dokonał dokładnie 1 czerwca. A ponieważ rok temu takiej wypłaty nie było, więc w sumie dochody były wyższe. Jeszcze bardziej topornie wygląda manipulacja z dochodami podatkowymi. Po pierwsze, MF przytacza dane za sam czerwiec, bo gdyby podliczył wpływy z podatków za całe sześć miesięcy, to musiałby przyznać, że są one na kilkuprocentowym minusie. Po drugie, resort nie próbuje nawet tłumaczyć, skąd to „wyraźne odbicie w dochodach z podatku akcyzowego i w podatkach dochodowych” w czerwcu. A tłumaczenie jest dość banalne: w tym roku nastąpiła niemała – 10-proc. – podwyżka akcyzy na alkohol. I choćby z tego powodu wpływy z akcyzy powinny wyglądać przyzwoicie. Ważniejsze jest jednak to, że tegoroczne rozliczenie PIT i CIT zakończyło się 1 czerwca, a nie 30 kwietnia, jak zazwyczaj. Zwykle ci, którzy muszą podatek dopłacać, składają deklaracje w ostatnim możliwym momencie. I tak, jak przesunięcie terminów negatywnie odbiło się na dochodach z podatków w kwietniu i maju, tak podbiło je w czerwcu.