Dwa i pół roku temu DGP opisywał, jak funkcjonują giełdy, na których ludzie obracają kryptowalutami. Wówczas bitcoin, czyli pierwszy i najpopularniejszy cyfrowy pieniądz – bił cenowe rekordy. W szczytowym momencie trzeba było za niego zapłacić prawie 68 tys. zł. Wówczas w Polsce było zarejestrowanych co najmniej kilkanaście platform handlu bitcoinem i jego młodszymi braćmi oraz siostrami.

W przypadku dwóch z nich wysłaliśmy do Komisji Nadzoru Finansowego pytania, czy giełdy nie naruszają przepisów o świadczeniu usług płatniczych bez zezwolenia. Urząd potwierdził nasze wątpliwości. Jako pierwszą, na początku lutego 2018 r. wpisał na listę ostrzeżeń publicznych katowicką spółkę BitBay i złożył zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa do prokuratury. Chodziło o złamanie art. 150 ust. 1 ustawy o usługach płatniczych. Zgodnie z nim za ich świadczenie bez odpowiednich upoważnień można się narazić na 5 mln zł grzywny albo na karę do 2 lat pozbawienia wolności, albo obie łącznie.

Sprawa trafia do Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Po ponad roku, 29 marca 2019 r., śledczy z jednostki szczebel wyżej – Prokuratury Regionalnej w Katowicach, postanowili postępowanie umorzyć.

– Zostało umorzone z uwagi na brak znamion czynu zabronionego strony podmiotowej – umyślności działania – informuje nas prokurator Agnieszka Wichary, rzecznik prasowy PR w Katowicach.

Prawo złamane, kary nie ma

W tym momencie zaczyna się robić ciekawie, bo jednocześnie prokuratorzy przyznali rację KNF.

– W uzasadnieniu postanowienia prowadzący postępowanie przygotowawcze podzielił przedstawione w zawiadomieniu o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z 5 lutego 2018 r. stanowisko urzędu wskazujące, że spółka BitBay naruszyła art. 150 ustawy o usługach płatniczych, bowiem świadczyła usługę płatniczą, a w konsekwencji winna uzyskać zezwolenie KNF na świadczenie usług płatniczych w charakterze krajowej instytucji płatniczej i zostać wpisana do stosownego rejestru – powiedział DGP rzecznik prasowy nadzoru Jacek Barszczewski.

Skąd więc decyzja o umorzeniu? Prokurator wskazał, że prezes giełdy Sylwester Suszek oprócz tego, że nie można mu przypisać odpowiedzialności z uwagi na brak umyślności w działaniu, to ma jeszcze usprawiedliwioną nieświadomość bezprawności swoich działań. Czyli nie wiedział, że powinien w trybie art. 60 ustawy o usługach płatniczych ubiegać się o uzyskanie zezwolenia na prowadzenie takiej działalności. Zdaniem nadzoru zaś BitBay tym się zajmował.

Z takim postawieniem sprawy przez prokuratorów KNF nie chciała się pogodzić. W kwietniu 2019 r. decyzja śledczych została zaskarżona. Jednak jak udało nam się ustalić trzy tygodnie temu, prokuratorzy z PR w Katowicach znów umorzyli śledztwo z tych samych powodów co rok wcześniej.

BitBay od kilku dni znów skupia uwagę. To efekt reportażu „Superwizjera TVN”, który przyjrzał się historii giełdy i pokazał, że osoby zaangażowane w jej powstanie były m.in. skazane za udział w morderstwie czy ich nazwiska pojawiały się w śledztwach dotyczących wielomilionowych wyłudzeń VAT. Dodatkowo dziennikarzom miano oferować 1 mln zł łapówki za odstąpienie od tematu.

Szef BitBay w specjalnym oświadczeniu odrzucał zawarte w reportażu tezy i odnosił się do faktów. Zapowiedział także pozew o ochronę dóbr osobistych. Polemika z reportażem nie była jednak – według samego Sylwestra Suszka – najistotniejszą informacją, jaką chciał wówczas przekazać klientom BitBay. Najważniejsza jego zdaniem była właśnie decyzja prokuratury z Katowic.

– W tamtym tygodniu KNF po raz kolejny przegrał. Mamy umorzenie postępowania. W najbliższym czasie zostanę oczyszczony w 100 proc. Więc moi drodzy trzy lata ciężkiej męki mojej. Już nie mówię o tym, że byliśmy sprawdzani przez wszystkie służby. Prokuratura wszczęła postępowanie. Miałem wszystkie służby od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Centralne Biuro Śledcze Policji i nie wiem, czego jeszcze. Już nie mówiąc o przesłuchaniach, sprawdzaniach – mówił Suszek, odnosząc się do podanej w reportażu informacji o tym, że KNF złożyła w lutym zawiadomienie do prokuratury w jego sprawie. W materiale nie znalazła się informacja o tym, na jakim etapie jest praca śledczych.

Nadzór nie odpuszcza

Optymizm prezesa BitBaya może być jednak przedwczesny, bo KNF wciąż broni nie składa.

– Wydane przez prokuratora postanowienie zostało zaskarżone zażaleniem pełnomocnika przewodniczącego KNF z 26 czerwca 2020 r., które za pośrednictwem Prokuratury Regionalnej w Katowicach zostanie przekazane do Prokuratury Krajowej – informuje Jacek Barszczewski.

Efekty już są. Prokuratura Krajowa poinformowała nas, że śledztwa nie nadzorowała, ale teraz mu się przyjrzy.

„Po uzyskaniu informacji o umorzeniu śledztwa Prokuratura Krajowa zwróciła się do Prokuratury Regionalnej w Katowicach o akta sprawy. Po ich otrzymaniu Departament ds. Przestępczości Gospodarczej Prokuratury Krajowej szczegółowo i niezwłocznie przeanalizuje zgromadzony w sprawie materiał dowodowy pod kątem prawidłowości poczynionych w toku śledztwa ustaleń i zasadności decyzji, jaka w tej sprawie została wydana. Informacje o wynikach analizy będziemy mogli przekazać po jej zakończeniu” – czytamy w odpowiedzi na nasze pytania.

Poprosiliśmy również katowicką prokuraturę o szczegółowe informacje, co stało za tym, że śledztwo umorzono, chociaż stwierdzono naruszenie przepisów. Czy spółka, która chwali się milionowymi obrotami, nie posiada stosownych analiz prawnych, które rozstrzygałyby o tym, czy w swojej działalności powinna się zwrócić do KNF o licencję dla instytucji płatniczej.

W tamtym czasie BitBay wskazywał już np., że ma odpowiednie procedury i zespół AML (ang. anti-money laundering), czyli jednostkę, która zajmuje się de facto przeciwdziałaniem wykorzystaniu giełdy do prania pieniędzy czy finansowania terroryzmu. Wiele platform chwaliło się rozwiązaniami AML, ponieważ na całym świecie padały pod ich adresem oskarżenia o to, że jako podmioty nienadzorowane – w przeciwieństwie do banków – mogą zostać łatwo wykorzystane przez grupy przestępcze czy terrorystów.

W Polsce KNF czy bank centralny ze względu na te ryzyka, ale także zagrożenie dla pieniędzy inwestujących w cyfrowe waluty, przeprowadziły specjalne kampanie ostrzegające przed zakupem bitcoina i jego młodszych mutacji. Jednak dla branży prawdziwym dowodem na to, że nadzór nie odpuści, było najpierw ostrzeżenie banków i de facto doprowadzenie do tego, że przestały prowadzić dla giełd rachunki, oraz zawiadomienia do prokuratury. To doprowadziło do sytuacji, w której spółki prowadzące platformy handlu kryptowalutami wyprowadziły się z kraju i zaczęły rejestrować w państwach, które bardziej im sprzyjają. BitBay trafił do Estonii. W Polsce nadal jest na liście ostrzeżeń publicznych.

Dla KNF sprawa jest w toku, bo przejęła ją Prokuratura Krajowa, więc nie ma podstaw do usunięcia z czarnej listy. Komisja usuwa informację zamieszczoną na liście dotyczącą tego podmiotu w przypadku prawomocnej odmowy wszczęcia postępowania przygotowawczego, prawomocnego umorzenia postępowania przygotowawczego albo wydania przez sąd prawomocnego orzeczenia kończącego postępowanie karne innego niż wyrok skazujący lub wyrok warunkowo umarzający postępowanie karne. Dzieje się tak na pisemny wniosek podmiotu, w związku z działalnością którego zostało złożone zawiadomienie.

Branża kryptowalutowa wciąż na cenzurowanym

Komisja Nadzoru Finansowego od dwóch lat ostrzega osoby, które chcą kupować i sprzedawać kryptowaluty. Rynek obrotu cyfrowymi pieniędzmi nie jest w Polsce regulowany i nadzorowany. W połowie 2018 r. nadzór wspólnie z bankiem centralnym przeprowadził akcję, w której informował konsumentów o ryzyku, jakie niesie dla inwestorów handel bitcoinem i jego młodszymi siostrami i braćmi. Polacy zainteresowali się kryptowalutami po tym, jak pod koniec 2017 r. ich ceny – szczególnie najpopularniejszej, czyli bitcoina – biły rekordy na platformach handlu. KNF przypominał, że jest to rynek poza jakąkolwiek opieką instytucji państwa, a nadzór nie jest wyposażony w żadne narzędzia umożliwiające pomoc osobom poszkodowanym w wyniku upadku giełdy kryptowalut. Do takich sytuacji zaś dochodziło na świecie, także w Polsce. Dodatkowo giełdy kryptowalut są od lat na radarze służb w wielu krajach jako miejsca, gdzie dochodzi do prania pieniędzy i finansowania terroryzmu. Giełdy przekonują zaś, że stosują procedury AML (ang. anti-money laundering) podobnie jak banki, które też są wykorzystywane przez przestępców. W opublikowanej w ubiegłym roku Krajowej Ocenie Ryzyka Prania Pieniędzy oraz Finansowania Terroryzmu, branża kryptowalut została jednak oceniona jako generująca podwyższone ryzyko AML. Ostatnie dwa lata zmniejszyły zainteresowanie kryptowalutami wraz ze zniknięciem tematu rekordowych cen cyfrowych pieniędzy. Jednak teraz, kiedy ze względu na spadek stóp procentowych trzymanie pieniędzy na lokatach nie daje zarobić, mogą wrócić do łask jako jedno ze źródeł pomnażania pieniędzy. Inwestycje w podmiotach nienadzorowanych albo w instrumenty, przy których obiecywane są wysokie stopy zwrotu, zazwyczaj zyskują w momencie niskich stóp procentowych więcej zwolenników. Dlatego nadzór ostrzegał w ostatnich miesiącach przed lokowaniem kapitału w condo- i aparthotelach czy zakupami weksli inwestycyjnych, w przypadku których klient może nie wiedzieć, gdzie trafią jego środki.