Czy obecne problemy gospodarki, również sektora bankowego, nie ograniczą możliwości, a może i chęci rozwijania innowacyjności w sektorze? Innowacyjność to przecież koszty.

Jeśli mówimy o innowacyjności, czyli poprawianiu własnych rozwiązań po to, by one służyły ostatecznemu celowi – w naszym przypadku wygodzie klienta, to pewne napięcie i braki, np. brak pieniędzy, wspierają innowacyjność, a nie odwrotnie.

Ale oczywiste jest również, że innowacyjność wymaga pewnej infrastruktury informatycznej. Wraz z postępem technologicznym musimy przesuwać poziom tej infrastruktury na coraz wyższe szczeble. I tu faktycznie pieniądze są potrzebne. To może natrafić na barierę, jeśli banki nie będą w stanie uzyskać wystarczającego zwrotu na kapitale. A polskie banki mają to do siebie, że po okresie wysokiej rentowności, tylko niewielu, w tym mojemu, udaje się osiągać rentowność taką, która pozwala rozwijać się w tempie sprzyjającym rozwojowi gospodarki. Większość banków w Polsce spada poniżej tego poziomu. Wtedy zaczynają działać inne elementy modelu ekonomicznego. Upraszczając – jeśli bank nie jest w stanie generować zwrotu na kapitale na poziomie ok. 10 proc., to mogą pojawić się inklinacje do decyzji, które nie są optymalne z punktu widzenia społecznego i utrzymania banku na linii rozwoju wraz z resztą gospodarki. Choć to już trochę inny temat.

Jaka będzie przyszłość polskich banków po pandemii? Co się zmieni z punktu widzenia konkurencji w sektorze? Jakie to będzie miało znaczenie dla klientów?

Jeśli chodzi o klientów, wiele się nie zmieni. Bez wątpienia wyniki i rentowność banków w tym roku ulegną gwałtownemu osłabieniu. To się przełoży na lata 2021–2022. Do niedawna byłem przekonany, że największe uderzenie w wyniki banków pojawi się w przyszłym roku. Dziś jestem przekonany, że to raczej będzie w tym roku. Ze względu na stosunkowo łagodny przebieg procesów recesyjnych, jakie wywołuje pandemia – tak się przynajmniej wydaje na ten moment.

Są banki, które w ostatnim czasie, żeby ratować zwrot na kapitale i bronić się przed namiarowymi obciążeniami, silnie przesunęły się w kierunku aktywów bardziej dochodowych, ale też bardziej ryzykownych. One mogą wpaść w pułapkę jakości portfela, co sprawi, że ich rentowność spadnie do bardzo niskiego poziomu, poniżej 6–7 proc. Jeśli taka tendencja utrzymywałaby się w kolejnych latach, to ich wskaźniki kapitałowe mogą znaleźć się poniżej wymogów regulacyjnych. To można poprawić, jeśli przyjdzie właściciel i wzmocni bazę kapitałową. Ale to nie jest takie pewne, bo generalnie akcjonariusze mają mniejszą skłonność do inwestowania w podmioty, które mają niską stopę zwrotu z kapitału. I pętla się zaciska.

Chyba, że takim akcjonariuszem byłoby państwo.

To akcjonariusz jak inni.

Od kilku lat mamy trend repolonizacji. Czy pan widzi większą konkurencję ze strony banków z udziałem państwowego kapitału? Czy to wpływa na sytuację w sektorze?

Nic złego na rynku się nie dzieje. Czy konkurencja jest absolutnie klarowna, transparentna? Myślę, że nie. To wynika z całego otoczenia. Parę lat temu mieliśmy obawy, że komunikacja będzie się kształtowała w kierunku „zagraniczny to zły”. To się do końca nie wydarzyło.

Ten bank ma właściciela zagranicznego, ale tak długo, jak tu jestem, czyli 30 lat, nie mam powodu, aby w jakikolwiek sposób mieć wyrzuty sumienia do siebie, czy do kogokolwiek z naszej organizacji, że nasze działania są nienastawione na promowanie rozwoju polskiej gospodarki i interesów polskich klientów. Kiedyś Skarb Państwa, będąc w wielkiej potrzebie, sprzedał bank, którego był właścicielem – my oczywiście powinniśmy o tym pamiętać. Bank Śląski został sprzedany w 1994 r., aby w tamtych czasach – początku transformacji – zdobyć zasilenie dla budżetu. Skarb Państwa wspomagał wówczas wiele banków m.in. z tego, co uzyskał ze sprzedaży Banku Śląskiego.

Nas repolonizować nie trzeba, bo my jesteśmy polscy do ostatniej kropli krwi. A że ta krew jest trochę pomarańczowa (grupa ING ma siedzibę w Holandii – red.) – nic w tym złego nie widzę.

Jakie będą konsekwencje zerowych stóp procentowych – dla banków i dla klientów?

Obniżka stóp procentowych ma kolosalne znaczenia dla budżetu państwa ze względu na niższe koszty finansowania. Skorzystają z niej również kredytobiorcy, którzy będą płacić niższe odsetki. Spadek stóp powinien był również przynieść osłabienie złotego, co byłoby wsparciem dla eksporterów.

Obniżka nie przełoży się natomiast na wzrost akcji kredytowej ze względu na niski popyt na rynku oraz duże kwoty wsparcia, jakie otrzymały ostatnio przedsiębiorstwa. Na ten efekt trzeba byłoby czekać przez kilka kwartałów, ponieważ koszty kredytu są zbyt słabym motywatorem na ten moment.

W długim terminie stopy bliskie zeru mogą wpływać na blokowanie aktywności gospodarczej. Obecnie wiele państw zastanawia się, jak wyjść z tego stanu. Dlatego korzyść z obniżki stóp do poziomu bliskiego zeru może być wątpliwa ze względu na konsekwencje, jakie powoduje.

Co można zrobić z punktu widzenia regulacyjnego, nadzorczego, żeby za pośrednictwem banków mocniej wspomagać gospodarkę?

Obecnie gospodarka nie jest nastawiona na chłonięcie finansowania ze względu na niską aktywność gospodarczą wynikającą z braku popytu. Wyzwaniem jest natomiast to, aby banki nie reglamentowały akcji kredytowej w przyszłości. Istotny pod tym względem będzie przyszły rok i kolejne lata, ponieważ wówczas będziemy mierzyć się z utrzymaniem stabilności sektora, w tym zdolnością do finansowania gospodarki. Dlatego w sytuacji, w której generowanie zysków jest utrudnione, banki zapewne napotkają na barierę generowania odpowiedniego wzrostu kapitałów. Dla bardziej efektywnych bufory kapitałowe winny być wystarczające do utrzymania gotowości do finansowania. Problemem mogą się okazać banki niezdolne do utrzymywania wymaganych norm bezpieczeństwa.