Informacje o nielegalnym imporcie z Serbii broni na Ukrainę, które podała pod koniec listopada prorosyjska blogerka z Bułgarii, pewnie zostałyby tylko plotką, gdyby po kilku dniach internetowej burzy nie potwierdził ich osobiście prezydent Serbii. Jeszcze w połowie ubiegłego miesiąca Aleksandar Vučić przekonywał, że jego kraj „nie dostarczał broni na Ukrainę”. Pod koniec listopada, gdy jego przeciwnicy polityczni w Belgradzie zaczęli publikować dokumenty potwierdzające deal – zmienił zdanie.

– Oni (opozycja serbska – red.) oskarżyli nas o zabijanie rosyjskich dzieci w Ługańsku i Doniecku, bo sprzedajemy broń na Ukrainę. Oni chcą pogorszenia stosunków między nami a Rosją. Oni pokazali dokumenty, które mają być dowodem winy Serbii – mówił. W tym momencie pojawia się Polska. Jako alibi i kozioł ofiarny. Bo Vučić przyciśnięty do muru potwierdził, że Serbia, owszem, sprzedawała powiązanej z Ukraińcami i zarejestrowanej na Cyprze firmie Petralink pociski do moździerzy kaliber 60 mm. Ich ostatecznym odbiorcą miała być jednak Polska. A konkretnie firma Nattan z Warszawy.

– Przed sprzedażą broni MSZ sprawdza, czy ostateczny odbiorca nie znajduje się na czarnej liście. Jeżeli, tak jak w przypadku z Polski, nie ma go tam, dajemy zgodę. Serbia nie ponosi odpowiedzialności za reeksport do państw trzecich. Przy czym zaznaczyć należy, że ostateczny odbiorca nie może tego robić bez poinformowania nas o tym. Nikt nie zwracał się do ministerstwa z pytaniem o reeksport – mówił 25 listopada tego roku w serbskiej telewizji śniadaniowej szef MSZ tego kraju Ivica Dačić. Sprawę skomentował również Nebojša Stefanović, minister spraw wewnętrznych Serbii. – Jeżeli trzecie państwo sprzedaje naszą broń Ukrainie, co możemy na to poradzić? – zaznaczył.

Policja będzie ostro karać, stracisz prawo jazdy. "Nie ma co liczyć na cud" >>

Polskie MSZ nie odpowiedziało na nasze pytania w tej sprawie. Obecnie nie mamy nawet w Belgradzie ambasadora. Najwyższy rangą dyplomata to chargés d’affaires ad interim, a przyszły ambasador jest w trakcie przesłuchań parlamentarnych.

Ale potwierdziliśmy autentyczność dokumentów, które dowodzą handlu pociskami moździerzowymi i które jako pierwsza opublikowała serbska posłanka do parlamentu Marinka Tepić z opozycyjnej wobec prezydenta Vučicia proeuropejskiej Partii Wolność i Sprawiedliwość. Do procederu miało dojść w 2016 r. Operacyjnie sprawą miał się zajmować zarejestrowany na ulicy Młynarskiej 7 w Warszawie Nattan sp. z o.o. Dysponujemy dokumentem (publikujemy go powyżej), który świadczy o tym, że jest on ostatecznym odbiorcą pocisków moździerzowych M73 HE KV kaliber 60 mm od serbskiej firmy Tehnoremont za pośrednictwem cypryjskiej Petralink, na której czele stoi Wołodymyr Petenko – przez lata wysokiej rangi menedżer ukraińskiej zbrojeniówki (koncernów Ukroboronoprom i Ukrspeceksport).

Problem w tym, że ostatecznie pociski znalazły się na Donbasie. Serbski Tehnoremont miał je pozyskać z państwowej fabryk broni Krušik z Valjeva na południu kraju. Sam Tehnoremont jest zarejestrowany w położonej w Wojwodinie miejscowości Temerin w prywatnym domu przy ulicy Kiš Ferenca 49. Jak twierdzi prezydent Vučić, z punktu widzenia Serbii umowa jest „czysta jak łza”. Co więcej, serbskie służby specjalne BIA miały poinformować Służbę Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej (wywiad cywilny – SWR) o tym, że Polska lub inny kraj mogły dokonać reeksportu.

W przypadku Polski problemem dla władz w Warszawie jest istnienie dokumentów potwierdzających, że Nattan rzeczywiście kupił w Serbii pociski i zobowiązał się do tego, że nie będzie ich reeksportował. Jednak jak wynika z informacji DGP, nikt z polskich struktur państwowych ich nigdy nie zamawiał. Przynajmniej od Nattana. Pociski moździerzowe 60 mm armia kupuje od Dezametu (stanowi on część Polskiej Grupy Zbrojeniowej). Jednostki specjalne – m.in. GROM – korzystają z nieco większego kalibru 60.7 mm (są to czeskie moździerze Antos). Zaopatrują się w nie za pośrednictwem śląskiej firmy Works 11.

Jak to zatem możliwe, że w kraju pojawiło się 30 tys. pocisków z Serbii? I to sprowadzonych przez firmę, która ma legalne pozwolenie na obrót materiałami specjalnymi. Takie przedsiębiorstwo, – przynajmniej w teorii – powinno być pod lupą Służby Kontrwywiadu Wojskowego i MSWiA, które tę koncesję wydało.

„Informujemy, że istnieją dwa podmioty (o nazwie Nattan – red.), które posiadają obecnie koncesję MSWiA na wykonywanie działalności gospodarczej uregulowanej przepisami ustawy z dnia 13 czerwca 2019 r. w zakresie wytwarzania i obrotu materiałami wybuchowymi, bronią, amunicją oraz wyrobami i technologią o przeznaczeniu wojskowym lub policyjnym. Są to Nattan Sp. z o.o. (z siedzibą w Warszawie przy ul. Młynarskiej 7, KRS 0000458121, NIP 1182091278 – koncesja nr B-061/2013), a także Nattan Group Sp. z o.o., sp. k. (z siedzibą w Warszawie, również przy ul. Młynarskiej 7, KRS 0000655365, NIP 5272739696 – koncesja nr B-022/2017)” – napisało w odpowiedzi na nasze pytania MSWiA.

To właśnie Nattan Sp. z o.o. z numerem koncesji B-061/2013 figuruje w dokumentach, którymi dysponuje redakcja DGP. Jest w nich napisane, że serbskie pociski nie wyjadą poza granicę Polski. Zresztą taka sprzedaż wymagałaby zgody Ministerstwa Rozwoju. Wynika to z ustawy z 29 listopada 2000 r. o obrocie z zagranicą towarami, technologiami i usługami o znaczeniu strategicznym dla bezpieczeństwa państwa i dla utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa. „W przypadku szczegółowych danych związanych z realizacją poszczególnych kontraktów, w tym takich, które mogą stanowić tajemnicę handlową przedsiębiorstwa, sugerujemy zwrócenie się o ich udostępnienie bezpośrednio do NATTAN Sp. z o.o.” – napisano w odpowiedzi. MSWiA odesłało nas do MR w sprawie pytań o reeksport. MR odesłał nas z kolei do MSZ. Resort spraw zagranicznych nie odpowiedział na nasze pytania. Podobnie jak i Nattan oraz ukraińskie MSZ i ministerstwo obrony, do których wysłaliśmy pytania. Ukraina nie jest objęta embargiem. Może zaopatrywać się w broń za granicą. Handel z nią to jednak delikatna politycznie sprawa.

Spolonizowana schema

Deal w sprawie pocisków moździerzowych miał w całości z Serbami domykać Ukrainiec o nazwisku Witalij Dementiew. Wiadomo, że w kwietniu tego roku ukraińska prokuratura generalna prowadziła śledztwo w sprawie dostaw dla ukraińskiego ministerstwa obrony sprzętu wojskowego po zawyżonych cenach. „Podwyższać” je miano za pomocą sieci firm takich jak cypryjska Petralink czy Nattan.

Sprawdziliśmy, jak działa Nattan przy Młynarskiej 7. Siedziba zlokalizowana jest w prestiżowej kamienicy na warszawskiej Woli, gdzie mieści się kilka dobrych kancelarii prawnych. Jak twierdzi jeden z rozmówców, przed kilkoma miesiącami spółka zaczęła się pospiesznie ewakuować, zwalniając prawie całe piętro, które zajmowała. Działo się to mniej więcej w tym samym czasie, gdy pojawiły się pierwsze dokumenty świadczące o jej współpracy z Petralink i Ukraińcami. Do tej pory takie doniesienia były publikowane na portalach sprzyjających Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej. Poza standardowymi przekazami dnia rosyjskiej propagandy nie było tam jednak żadnych konkretów. Tym razem są konkretne dokumenty. Transakcje potwierdził też osobiście prezydent Serbii i kilku innych wysokich rangą przedstawicieli państwa serbskiego. I co najważniejsze – jak twierdzą nasi rozmówcy – grupa związana z Petralink i menedżerem Ukroboronopromu Wołodymyrem Petenką, która wymyśliła schemat (schemę) zawyżania cen uzbrojenia, docierającego na Ukrainę – straciła kryszę (wsparcie i ochronę) w podlegającej prezydentowi Ukrainy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony. W strukturach ukraińskich spółek zbrojeniowych – jak pisały media na Ukrainie – schemat miał być nadzorowany przez byłego szefa Ukroboronopromu Pawło Bukina i pierwszego zastępcę sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony z czasów prezydenta Petra Poroszenki – Ołeha Gładkowskiego (skandal wokół niego zaszkodził w kampanii prezydenckiej Petro Poroszence). Jak podają ukraińskie media, Gładkowski był smotriaszczim, czyli pilnującym prywatnych interesów w zbrojeniówce. W grupie tytułowano go „Tatą” z racji tego, że w proceder był zaangażowany też jego syn Ihor (on miał pseudonim „Junior”). Po wygranych w maju wyborach przez Wołodymyra Zełenskiego wszyscy stracili stanowiska, w obszarze zbrojeniowym pojawili się ludzie nowej ekipy, a prokuratura aresztowała Gładkowskiego. Na początku grudnia sąd odroczył rozpatrywanie jego sprawy na styczeń. W tym samym momencie z Młynarskiej 7 zniknął Nattan. Wciąż dochodzą do niej e-maile, ale nie działa już numer telefonu z pieczątki. Udaliśmy się pod adresy osób, które w KRS figurowały jako wspólnicy i członkowie zarządu. To mieszkania w dobrych lokalizacjach, ale bez lokatorów.

Rozmowy w kontekście

Jak przekonuje jeden z informatorów, kluczowe jest również to, kiedy wybuchła afera wokół serbskich pocisków. – Informacje o sprzedaży Ukrainie broni z Serbii przez Cypr i Polskę pojawiły się w prasie tuż przed rozmowami w formacie normandzkim w Paryżu z udziałem Wołodymyra Zełenskiego i Władimira Putina. Najpewniej ktoś chciał skompromitować władze w Kijowie. Udowodnić, że Ukraina łamie porozumienia mińskie – mówi jeden z informatorów DGP. – Nawet jeśli to była narracja, problem w tym, że skala korupcji w dostawach broni dla armii ukraińskiej ułatwia ich budowanie. Źle, że w tym kontekście pojawiła się polska firma. Ta spółka najpewniej posłużyła jako podmiot, który nie miał znaczenia z punktu widzenia polityki zaopatrzenia ukraińskich sił zbrojnych. Miał po prostu zawyżyć cenę dostawy na Ukrainę. Schemat polega na tym, że państwowa spółka zamawia towar przez pośrednika w Polsce lub na Cyprze, który nie robi nic poza pobraniem prowizji i wypłaceniem jej menedżerom zaangażowanym w proceder wyłudzania pieniędzy z budżetu ukraińskiego ministerstwa obrony. Niewykluczone, że ludzie z polskiej firmy nigdy na oczy nie widzieli nawet serbskich pocisków. Najpewniej posłużyli jako słupy. Zapis księgowy – dodaje.

Eksperci: Maski antysmogowe i oczyszczacze powietrza niczego nie zmieniają >>

Nasz informator przypomina opisany w 2017 r. przez ukraińskie media przypadek firmy Optimumspecdetali. Miała ona siedzibę na jednej z ukraińskich wsi w zrujnowanym domu jednorodzinnym (podobnie jak serbski Tehnoremont przy Kiš Ferenca w Temerinie. Choć w tym przypadku istnieje choć szyld firmy). W tym samym zrujnowanym budynku było zarejestrowanych około 100 innych firm. Wszystkie były fikcyjne i służyły jako pośrednik do zawyżania cen na uzbrojenie lub elementy uzbrojenia. Były one sprowadzane z… Rosji, mimo że wówczas Ukraina prowadziła już z Rosją i prokremlowskimi separatystami walki o Donbas. Szeroko opisywał to ukraiński serwis śledczy Bihus.info, który dotarł do jednego ze słupów. Jest nim mieszkanka wspomnianej wsi – Ołena Siryk, która za tysiąc hrywien miesięcznie była szefową jednej z takich pośredniczących firm.

Próbowaliśmy skontaktować się z firmą Nattan. Nie odpowiedziała na nasze pytania o naturę kontaktów z serbskim Tehnoremontem i cypryjskim Petralink. Nie ustosunkowała się również do pytań o to, czy dokonała reeksportu pocisków i kto z nich ostatecznie skorzystał. Zapytaliśmy również rzecznika ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego – Stanisława Żaryna, jak to możliwe, że pod okiem służb specjalnych możliwy był taki proceder. Do zamknięcia tego numeru DGP nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Tajemnicza spółka z Woli

Pod nazwą Nattan i tym samym adresem w Warszawie przy ul. Młynarskiej 7 są zarejestrowane trzy spółki. Najstarsza i najważniejsza to Nattan sp. z o.o. Zaczyna działać w marcu 2013 r., ale osób, które są dziś jej właścicielami, jeszcze w niej nie ma. Prezesem i głównym udziałowcem jest A., który ma wspólnika N. (dane do wiedzy redakcji). W pierwszym, niepełnym roku istnienia Nattan notuje ponad 463 tys. zł straty, nie ma przychodów, jest finansowana z pożyczek udziałowców. Cenne jest to, że ma zezwolenie MSWiA na handel „materiałami wybuchowymi, bronią, amunicją oraz wyrobami i technologią o przeznaczeniu wojskowym lub policyjnym”, ale bez prawa magazynowania. Pierwsze miesiące upływają jej na działaniach marketingowych oraz pozyskiwaniu kontraktów. Zatrudnia pięć osób.

A. i N. są wspólnikami do grudnia 2013 r., kiedy udziały N odkupują Z. i R. To oni dzisiaj (razem z innymi) kontrolują spółkę. Rok 2014 przynosi jeszcze większą stratę: blisko 553 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży w wysokości 300 tys. zł.

W lutym 2015 r. A. sprzedaje małą część udziałów nowemu wspólnikowi – C., który zostanie za chwilę prezesem, a resztę do Z. i R. Dotychczasowy większościowy udziałowiec składa też rezygnację ze stanowiska prezesa „z uwagi na zły stan zdrowia”. Wyniki spółki nadal nie wyglądają najlepiej, bo choć w 2015 r. osiąga ponad 9,5 mln zł przychodów ze sprzedaży, to notuje stratę przekraczającą 327 tys. zł. Większość przychodów Nattan notuje z handlu poza Polską. W kraju to zaledwie 3,9 tys. zł.

Choć trzeci rok z rzędu spółka notuje stratę i ma ujemne kapitały, nikt nie myśli o zamykaniu biznesu. Na koniec 2015 r. spółka ma na rachunkach bankowych ok. 11,3 mln zł, a rok wcześniej było to niecałe 412 tys. zł. W sprawozdaniu finansowym za 2015 r. można znaleźć informację, że Nattan jest „w trakcie realizowania kolejnych dostaw – występujące opóźnienia w organizacji eksportu wynikają ze specyfiki działalności związanej z koniecznością uzyskiwania szeregu zgód administracyjnych oraz certyfikatów”. Przełom i zysk mają się pojawić w 2016 r., i tak się dzieje (to rok dealu serbskiego opisany w tekście powyżej). Spółka może się pochwalić, że miała ponad 29,8 mln zł przychodów i zysk sięgający niemal 650 tys. zł. Wysoka sprzedaż to znów domena handlu z zagranicą, bo w Polsce przynosi on tylko 300 zł przychodu.

Kolejny rok jest jednak dla spółki fatalny. W 2017 r. ma nieco ponad 2 tys. zł przychodów, a koszty przekraczają milion złotych. Strata więc wynosi prawie 1,1 mln zł. Zarząd jednak pisze, że ma portfel zamówień na 2018 r. i czyni starania, aby pozyskać nowych klientów. Faktycznie przychody ze sprzedaży odbijają do ponad 12,8 mln zł, a zysk sięga ok. 760 tys. zł. Ma pójść na pokrycie strat z lat ubiegłych, a jest spora dziura do zasypania, bo sięga 1,79 mln zł.

Wspólnicy podejmują też decyzję, że Nattan będzie istniał dalej. Dzisiaj nie ma już śladu spółki pod adresem przy ul. Młynarskiej 7. Chociaż na ścianie w holu w eleganckiej kamienicy na warszawskiej Woli wciąż wisi jej wizytówka z logo, to podany w KRS adres jest już nieaktualny. Numery telefonów nie działają, na wysyłane e-maile nikt nie odpowiada.

Obok głównej działalności Nattan sp. z o.o., w marcu 2015 r. dwaj C., R. i Z. zakładają spółkę Nattan Group sp. z o.o. Kapitał zakładowy jest minimalny i wynosi 5 tys. zł. Spółka nie ma pracowników. W pierwszych dwóch latach istnienia nie ma także żadnych przychodów i kosztów, a zatem także nie osiągnęła dochodu. Rok 2017 także nie przynosi przychodów, a jedynie stratę sięgającą 1 tys. zł. Podobnie ubiegły rok, gdzie strata sięga już 6,9 tys. zł.

Z. już razem z dwoma R. i dwoma C. oraz z Nattan Group zakładają jeszcze jedną spółkę, tym razem komandytową. Powstaje w kwietniu 2015 r. Ze sprawozdań finansowych złożonych w KRS wynika, że w latach 2015–2016 nie miała przychodów i zanotowała stratę odpowiednio 3,1 tys. zł i 6,2 tys. zł. Nie zatrudniała też pracowników. W 2017 r. zaczyna działać i zatrudnia cztery osoby. Zarząd deklaruje, że dostała administracyjne zgody i certyfikaty, co pozwoli w kolejnym roku rozpocząć jej działalność. Chodzi także o pozwolenie na handel bronią. Na razie jest jednak 27,6 tys. zł straty przy przychodach 4,9 tys. zł. W kolejnym roku jest ona jeszcze pokaźniejsza i przekracza 172 tys. zł. Zarząd jest jednak dobrej myśli i zamierza ją – podobnie jak te z poprzednich lat – pokryć z przyszłych zysków.