Choć w ostatnich latach UE dostała zadyszki pod względem dynamiki wzrostu PKB, jednak to nie powód, by rezygnować z europejskiego modelu rozwoju na rzecz systemów, które obniżą standard życia na Starym Kontynencie. Bo jak urządzimy sobie w Europie drugą Amerykę albo Chiny, to szybko zatęsknimy za czasami, w których nie trzeba było harować od świtu do zmierzchu, a bankructwo z powodu choroby nie było realnym zagrożenie.
Reklama
Magazyn DGP 27.09.19 / Dziennik Gazeta Prawna
W obliczu napięć pomiędzy USA a Chinami, które jawią się, nie bez przyczyny, jako starcie gigantów trzęsących światem, Unia Europejska wygląda jak fan, który z trybun obserwuje starcie. W sumie nawet trudno nazwać UE kibicem, bo ciężko stwierdzić, czyim jest zwolennikiem – niby wciąż stoi po stronie Ameryki, ale nieustannie zerka w kierunku Państwa Środka.
W takiej sytuacji łatwo odnieść wrażenie, że świat został już podzielony pomiędzy Waszyngton a Pekin (szerzej: Daleki Wschód), a nam pozostało jedynie wybrać, komu damy się pożreć.

Skansen Europa?

„Unia jest żałosnym wspomnieniem mocarstwa, jakim niegdyś była czy być mogła. Pogrążona w gospodarczej stagnacji, w zapaści demograficznej, sparaliżowana kryzysem imigracyjnym i bezsilnością nadmiaru socjalnych regulacji” – napisał w 60. rocznicę podpisania traktatów rzymskich (1957 r.) Tomasz Wróblewski na portalu „Fronda”. Do niechęci prawicy do UE zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale rok później prof. Marcin Król powiedział w wywiadzie dla „Polska The Times” słowa równie mocne, choć o wiele bardziej dostojne: „Europa przestała być źródłem nowych idei, pomysłów, wynalazków. Stała się skansenem. Warto ją obejrzeć, jako rodzaj zabytku, stąd te miliony turystów zadeptujące europejskie miasta.
A tak poza tym? Trochę wina, trochę sera, prosciutto”. Pewne zwątpienie w europejski model ekonomiczno-społeczny dotarło nawet do tradycyjnie euroentuzjastycznej lewicy. W sierpniowym podcaście Krytyki Politycznej, którego byłem gościem, prowadzący Michał Sutowski rozpoczął dyskusję od pytania: „Czy Unia Europejska skazana jest zatem na klęskę w wyścigu ku technologicznej awangardzie?”.
Ufność w powodzenie działań Europy w starciu z gigantami zza oceanu i Dalekiego Wschodu tracą też europejskie społeczeństwa – nic dziwnego, bo atakowane są opowieściami o nieubłaganym zmierzchu Starego Kontynentu. W Eurobarometrze z jesieni 2018 r., czyli badaniu nastrojów społecznych we wszystkich 28 państwach członkowskich, w 15 krajach mniej niż połowa społeczeństwa zadeklarowała, że ma zaufanie do Unii. Nawet w zwykle prounijnej Polsce wskaźnik ten wyniósł tylko 47 proc. Najmniej wiary, jak zawsze, mieli Grecy, Brytyjczycy, Czesi oraz Francuzi – najwyżej co trzeci badany.
Krytycy europejskiej drogi rozwoju gospodarczego dzielą się na dwie grupy. Pierwsza zafascynowana jest modelem amerykańskim – z bardzo niskim udziałem państwa w gospodarce i wąskim zakresem usług publicznych. Bez wątpienia należy do niej Wróblewski, regularnie przypominający, że w czołówce najlepszych uniwersytetów na świecie praktycznie nie ma europejskich uczelni, są za to głównie amerykańskie (prywatne i płatne, dzięki czemu lepsze).
Druga grupa uważa, że warto wziąć pod uwagę drogę azjatyckich tygrysów, w której państwo kontroluje kierunek rozwoju i strategiczne obszary. Tu można wskazać chociażby Bartłomieja Radziejewskiego z Nowej Konfederacji, który podczas dyskusji na Twitterze, przy okazji 30. rocznicy powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego, wskazał Chiny i Koreę Południową jako drogi, którymi mogła podążyć Polska po 1989 r.

Społeczna katastrofa

Śledząc politykę zagraniczną, łatwo dać się uwieść wielkości USA oraz Chin, które rozgrywają własne interesy sięgające wszystkich zakątków globu. Pytanie, czy sami chcielibyśmy w tych krajach żyć. Gdybyśmy trafili za ocean lub na Daleki Wschód jako zwykli obywatele, którzy muszą na własnych barkach nieść koszty sukcesu swoich krajów, mina by nam najpewniej zrzedła.
Przyjrzyjmy się, jak wygląda życie w modelu azjatyckim na przykładzie Korei Południowej. PKB na głowę mieszkańca tego kraju jest wyższe od polskiego o 10 tys. dol. (według parytetu siły nabywczej), czyli o niecałą jedną trzecią. Mimo to w rankingu OECD Better Life Index z 2017 r., który szereguje państwa według standardu życia, Korea jest niżej niż Polska. Jeśli chodzi o edukację, bezpieczeństwo, miejsca pracy i sytuację mieszkaniową, to w Korei jest bardzo dobrze. Za to pod względem ochrony zdrowia, ochrony środowiska i łączenia życia osobistego z pracą przeciwnie, zaś w obszarze relacji społecznych – katastrofa.
Co czwarty pracownik w Korei pracuje więcej niż 50 godzin tygodniowo, w Polsce 6 proc. Statystyczny Koreańczyk przepracowuje rocznie prawie 2 tys. godzin rocznie (3. miejsce w rankingu OECD), Polak – 200 godzin mniej. Zanieczyszczenie powietrza pyłami PM2,5 wynosi średnio 28 mikrogramów na metr sześcienny, a w Polsce 22 mikrogramy – co ciekawe, w Korei jest pod tym względem najgorzej w OECD. Prawie co czwarty Koreańczyk nie zna nikogo, kto mógłby mu pomóc w trudnej sytuacji – to również najgorszy wynik w OECD. W Polsce takich osób jest 14 proc. – dużo, jednak zdecydowanie mniej niż w tym azjatyckim państwie. Pod względem liczby samobójstw Korea przoduje – rocznie zabija się tam prawie 25 osób na 100 tys. mieszkańców. W Polsce, choć mówimy już o fali samobójstw, 12 osób. W Chinach żyje się w jeszcze mniej „komfortowy” sposób niż w Korei – PKB na głowę mieszkańca Państwa Środka jest ponad dwa razy niższe, o autorytarnym systemie politycznym nie wspominając.
Życie w USA jest dużo łatwiejsze niż w Korei czy Chinach – nic w tym dziwnego, pod względem PKB na głowę mieszkańca Ameryka to kraj wyraźnie bogatszy od Niemiec. Mimo to większość tamtejszych wskaźników społecznych przypomina te z państw rozwijających się. Poniżej granicy ubóstwa żyje 18 proc. Amerykanów – w OECD wyprzedzają ich jedynie Izrael, Kostaryka i RPA. Nierówności i duże obszary biedy sprawiają, że skala przestępczości jest tam niewyobrażalna dla Europejczyków. Według Better Life Index wskaźnik zabójstw (roczna liczba zamordowanych na 100 tys. mieszkańców) w USA wynosi 5,5 – gorzej jest tylko w Rosji, RPA, Meksyku, Kolumbii i Brazylii. W Polsce wskaźnik zabójstw wynosi 0,7.
Na służbę zdrowia za oceanem wydaje się gigantyczne środki, w stosunku do PKB zdecydowanie największe na świecie. Mimo to wskaźniki zdrowia są tam na poziomie krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Średnia długość trwania życia w USA wynosi 78,6 lat, mniej niż w Czechach i ledwie pół roku więcej niż w Polsce. W Stanach na tysiąc porodów umiera sześć niemowląt – w Polsce cztery, w Czechach trzy. Pod tym względem gorzej niż w USA jest tylko w krajach Ameryki Łacińskiej, Afryki oraz biedniejszej części Azji. Amerykanie są też jednym z najbardziej zapracowanych narodów. 11 proc. zatrudnionych pracuje średnio powyżej 50 godzin tygodniowo – prawie dwa razy więcej niż w Polsce.

Niedostrzegany potencjał

Dla konserwatystów wskaźniki społeczne mogą być mało przekonujące, w końcu chodzi o to, by wygrać gospodarczy wyścig. Europa rzekomo porzuciła przemysł, tylko usługujemy i konsumujemy. To nieprawda, Unia Europejska jest jednym z najbardziej uprzemysłowionych rejonów świata. W USA pracuje w przemyśle 28 mln osób. Tylko w pięciu największych krajach UE, nie licząc Wielkiej Brytanii, w przemyśle zatrudnionych jest 32 mln pracowników. Przemysł w Korei zatrudnia 6,7 mln osób, w Polsce 5,3 mln – tak więc zatrudnienie w przemyśle nad Wisłą wynosi 79 proc. przemysłu koreańskiego, choć liczba ludności Polski to tylko 73 proc. Korei. Podobnie wygląda porównanie Niemiec i Japonii – zatrudnienie w niemieckim przemyśle wynosi 72 proc. japońskiego, a liczba ludności 66 proc.
Można mówić, że europejski przemysł jest już jedynie wspomnieniem dawnej potęgi, że dziś to kolos na glinianych nogach. Światowe instytuty analityczne najwyraźniej tego nie dostrzegają. Według Światowego Forum Ekonomicznego w dziesiątce najbardziej konkurencyjnych gospodarek świata są cztery z UE (pięć z Wielką Brytanią). W sumie w pierwszej „10” jest jeden kraj z Ameryki Północnej (USA), trzy z Dalekiego Wschodu i sześć z Europy. Według Global Innovation Index 2019, który jest wydawany co roku przez Uniwersytet Cornella i WIPO (World Intellectual Property Organisation), wśród dziesięciu najbardziej innowacyjnych gospodarek świata jest pięć z UE (sześć z Wielką Brytanią), a z całej Europy siedem. USA są na trzecim miejscu, za Szwecją, zaraz przed Holandią.
Pod względem liczby patentów Unia Europejska również nie odstaje od reszty świata. W 2016 r. podmioty z całej UE uzyskały w sumie 13 660 certyfikatów, które były równocześnie zarejestrowane w trzech największych biurach patentowych świata (EPO, JPO, USPTO). Podmioty z Chin uzyskały 3890 patentów, z USA – 14 221.
Wiele wskazuje na to, że europejski model ekonomiczno-społeczny, oparty na wysokich wydatkach budżetowych, bezpłatnych usługach publicznych i względnie niskich nierównościach dochodowych, nietracący przy tym zdolności do generowania innowacji, jest dużo lepszy do życia niż modele z USA i Dalekiego Wschodu. Europa wciąż ma gigantyczną bazę przemysłową i naukową, a pod względem jakości kapitału ludzkiego (np. poziomu wykształcenia, zdrowia i zaangażowania obywatelskiego) jest w światowej czołówce.
Choć w ostatnich latach Unia Europejska dostała zadyszki pod względem dynamiki wzrostu PKB, jednak to jeszcze nie powód, by zupełnie rezygnować z europejskiego modelu rozwoju na rzecz systemów, które obniżą standard życia na Starym Kontynencie. Bo jak urządzimy sobie w Europie drugą Amerykę albo Chiny, to szybko zatęsknimy za czasami, w których nie trzeba było harować od świtu do zmierzchu, a bankructwo z powodu choroby nie było realnym zagrożeniem.