Czy przyjęte przy konstruowaniu przyszłorocznego budżetu prognozy wzrostu gospodarczego – 4 proc. PKB w tym roku i 3,7 proc. w przyszłym – są aktualne w kontekście szybko pogarszającej się koniunktury za granicą? Niemcy zaliczyły już spadek PKB w II kwartale.

Przyglądamy się temu, co się dzieje na świecie, zwłaszcza w strefie euro, w tym w Niemczech. Nie widać na razie silnego wpływu niemieckiego spowolnienia na polską gospodarkę, bo mamy swoje wewnętrzne silniki wzrostu. Ale siła powiązań między krajami jest duża i rzeczywiście nie należy lekceważyć tego, co się dzieje za Odrą.

Pierwsze niepokojące sygnały chyba już mieliśmy, np. spadek produkcji przemysłowej w czerwcu.

Na podstawie danych z jednego miesiąca nie można wysnuwać daleko idących wniosków. Do tej pory przez wiele miesięcy niemieckie kłopoty, szczególnie w sektorze motoryzacyjnym, nie powodowały problemów w Polsce. Musimy poczekać na kolejne dane, które pozwolą nam odpowiedzieć na pytanie, czy kształtuje się jakiś trend. Chociaż już dane pokazały, że w lipcu produkcja przemysłowa zwiększyła się i zdołała wyhamować spadkową tendencję (jak podał wczoraj GUS, w lipcu produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 5,8 proc. niż rok wcześniej – red.). Skokowa zmiana dynamiki rocznej w ostatnich dwóch miesiącach wynikała bowiem w dużym stopniu z efektów kalendarzowych.

Eksport towarów w czerwcu też spadł.

Nikt nie dyskutuje z tym, że spowolnienie na świecie będzie na nas oddziaływać, zresztą w naszych scenariuszach założyliśmy przecież niższą od ubiegłorocznej dynamikę PKB. Pytanie tylko o skalę tego oddziaływania. Na razie polska gospodarka osiąga dobre wyniki, w II kwartale wzrost wyniósł 0,8 proc. w porównaniu do I kwartału, co jest bardzo obiecującym wynikiem. Żeby mieć większą wiedzę co do tego, czy ucierpimy w wyniku pogorszenia koniunktury na świecie i jeśli tak, to jak bardzo, musimy poczekać do pełnych danych co najmniej za III kwartał. Nie ma więc powodów, by kwestionować przyjęte prognozy wzrostu w tym i przyszłym roku. Najnowsza projekcja NBP, z lipca, wskazuje nawet na jeszcze wyższy wzrost. Dostępne prognozy analityków rynkowych i innych ośrodków prognostycznych także pokazują szybsze od oficjalnych prognoz tempo wzrostu PKB w bieżącym roku, natomiast na 2020 r. konsensus rynkowy jest zbieżny z naszymi prognozami.

To oznacza, że Ministerstwo Finansów napisze przyszłoroczny budżet na ich podstawie. Nie boi się pan, że plan dochodów może być przez to przeszacowany?

Zwracam uwagę, że nie tylko skala spowolnienia może mieć wpływ na budżet – czy też konkretnie na wielkość prognozowanych w nim dochodów – ale też jego charakter. Spadek dynamiki eksportu nie przełoży się bezpośrednio na wielkość wpływów z podatków. Być może częściowo widać by to było w dochodach z CIT i PIT, ale z VAT raczej nie. A jeśli już, to z opóźnieniem.

A jaki może być charakter spowolnienia?

W przypadku pogorszenia koniunktury wynikającego ze spadku popytu za granicą w pierwszej kolejności widać to przede wszystkim w eksporcie. Osłabienie eksportu prowadziłoby do spowolnienia wszystkich pozytywnych procesów na rynku pracy, czyli wzrost wynagrodzeń mógłby być słabszy, a bezrobocie spadałoby wolniej, co w efekcie doprowadziłoby do niższego wzrostu konsumpcji. Ale z drugiej strony dość szybko może zadziałać ewentualne osłabienie złotego, które podtrzyma konkurencyjność eksporterów i zmniejszy atrakcyjność importu, dzięki czemu zyskają krajowi producenci.

O konsumpcję chyba nie musimy się martwić, skoro piątka Kaczyńskiego wesprze ją ok. 40 mld zł.

Wielu ekonomistów zwraca uwagę na to, że wprowadzanie rozwiązań z nowej piątki idealnie zbiegło się w czasie z niekorzystnymi dla nas wydarzeniami na świecie. Jeden z komentatorów nazwał to nawet jednym z najlepiej dopasowanych pakietów stymulacyjnych. Faktycznie, ten impuls wewnętrzny może mieć duże znaczenie dla podtrzymania popytu krajowego, dzięki czemu również firmy przeszłyby łagodnie ciężki okres. Zwracam uwagę, że nie tylko Polska stosuje takie zabiegi, również w Niemczech mamy dyskusję na temat wprowadzenia pakietu fiskalnego.

Z tym, że impuls fiskalny w Niemczech miałby iść w inwestycje związane z ochroną klimatu. U nas niemal w większości idzie w transfery socjalne i nie wszyscy ekonomiści go za to chwalą. Niektórzy mówią, że lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze na poprawę jakości usług publicznych, jak oświata i ochrona zdrowia, bo to mogłoby zwiększyć produktywność w przyszłości i stanowiłoby coś w rodzaju inwestycji w trwałość wzrostu PKB.

Ale inwestycje w usługi publiczne następują, np. mamy zaplanowany solidny wzrost płac w całej bud żetówce, w szczególności dla nauczycieli. Podwyżki w oświacie mają nastąpić w drugiej połowie roku, Ministerstwu Finansów udało się znaleźć na ten cel dodatkowy miliard złotych. Inny przykład to wydatki na zdrowie, które przecież rosną zgodnie z ustawą do pułapu 6 proc. PKB. Z pewnością ministrowie zdrowia i edukacji bacznie wczytują się we wszystkie eksperckie propozycje poprawy jakości tych usług. Bo zgadzam się, że to właśnie powinno być rezerwuarem wzrostu gospodarczego w przyszłości, gdyż bezpośrednio przekłada się na jakość kapitału ludzkiego. Choć dużo trudniej to uzyskać, a efekt jest rozłożony w czasie.

Czy w finansach publicznych w najbliższych latach nie będzie jakichś napięć, jeśli jednak spowolnienie będzie głębsze, niż się w tej chwili zakłada? To może zagrozić planowi dochodów, a przestrzeń do cięć wydatków, by utrzymać stabilność, jest bardzo ograniczona, co Ministerstwo Finansów samo przyznaje.

W budżecie rzeczywiście jest dużo wydatków sztywnych, narzuconych ustawami. Wśród elastycznych przeważają nakłady na inwestycje. Pytanie, czy bud żet, w którym można rezygnować z wydatków z dnia na dzień, byłby optymalny. Moim zdaniem lepiej mieć twardą podstawę prawną do wydawania pieniędzy na określony cel. Oczekiwanie, że budżet będzie składał się głównie z wydatków elastycznych, jest nierealne. Lepszy jest obecny system, w którym finanse państwa planuje się na kilka lat, dzięki czemu można dopasowywać stronę wydatkową do wielkości planowanych dochodów.

Co jednak, jeśli gospodarka wyhamuje tak bardzo, że zabraknie pieniędzy nawet na wydatki sztywne?

To nam nie grozi. Pamiętajmy, że zgodnie z wymogami unijnymi nasz deficyt nie może przekroczyć 3 proc. PKB. Przyjęte w APK (aktualizacji programu konwergencji, dokumencie przekazywanym co roku przez rząd Komisji Europejskiej – red.) założenie na przyszły rok to uzyskanie 1,6 proc. deficytu strukturalnego. Żeby w ogóle zbliżyć się do 3-proc. limitu deficytu to ‒ biorąc pod uwagę siłę reakcji sektora fiskalnego na zmiany dynamiki PKB obliczaną przez ekspertów Komisji Europejskiej ‒ nasza gospodarka musiałaby się skurczyć, czyli dynamika PKB spaść wyraźnie poniżej 0 proc. To mało prawdopodobny scenariusz. Z tych wyliczeń wynika, że jesteśmy dobrze przygotowani do turbulencji w światowej gospodarce i to mimo dodatkowych wydatków związanych z nową piątką.

Oprócz wymogów unijnych obowiązuje nas jeszcze własna reguła wydatkowa, przez którą rząd nie może sobie dowolnie ustalać, ile wyda pieniędzy. Reguła chyba bardziej wiąże ręce niż kryteria fiskalne UE.

Budżet na 2020 r. będzie zgodny z regułą wydatkową. A to właśnie przyszły rok będzie dla nas największym wyzwaniem. Poradziliśmy sobie z tym, bo znaleźliśmy dodatkowe źródła finansowania. Pokazaliśmy część z nich w aktualizacji programu konwergencji. Jest to szereg działań, w szczególności w zakresie ściągalności podatków i składek, jak również jednorazowych, wśród których najważniejsze to opłata przekształceniowa w związku z zamianą OFE na IKE.

Jednak niektórych rozwiązań zapowiedzianych w aktualizacji programu konwergencji – jak np. test przedsiębiorcy – nie będzie. To ponad miliard złotych. Jak MF uzupełniło te luki w projekcie budżetu?

Kluczem jest poprawa ściągalności podatków. Może wpływy z VAT już nie rosną tak dynamicznie jak w 2017 r., ale uzyskany pułap dochodów jest już stały. A mamy w planach wprowadzenie takich rozwiązań, jak rozszerzenie zakresu pakietu SENT, obowiązkowy split payment, uruchomienie wirtualnych kas fiskalnych, rozwijać będziemy STIR, czyli system przeciwdziałający wykorzystywaniu banków do przestępstw skarbowych. Trwałe podniesienie dochodów jest dla nas ważniejsze niż wpływy jednorazowe w rodzaju opłaty przekształceniowej. Warto pamiętać, że dochody jednorazowe pozwalają na wzrost limitu wydatków w ramach reguły, ale jeśli ich zabraknie w roku kolejnym, to ten limit musi być odpowiednio zmniejszony.

Z tego wynika, że piątka Kaczyńskiego zmieści się w regule wydatkowej w roku 2020, może w 2021. Bo wtedy wpłynie 19,3 mld zł opłaty przekształceniowej, której zabraknie w kolejnych latach. Może warto przyznać, że przed nami debata o nowym kształcie reguły?

Reguła wydatkowa jest bardzo istotnym elementem planowania budżetowego. To kotwica, która uniemożliwia dobrowolne kształtowanie limitu wydatków. Polityka fiskalna będzie prowadzona tak, by pogodzić potrzeby społeczne z wymogami reguły.