Wojna walutowa i celna między USA a Chinami. Niepewność wokół brexitu. Kryzys w Zatoce Perskiej. A do tego jeszcze sankcje Waszyngtonu przeciw Wenezueli i zamieszki w Hongkongu. Powinniśmy się bać?
Gospodarka światowa płynie w stronę największego spowolnienia od czasów kryzysu finansowego z lat 2008‒2009. Pokazuje to coraz więcej wskaźników gospodarczych dotyczących aktywności, nastrojów i kondycji przedsiębiorstw w strefie euro, w Chinach czy Stanach Zjednoczonych. Z kolei globalizacja powoduje, że coraz trudniej przed takim ogólnoświatowym spowolnieniem uciec. Czy to oznacza, że za chwilę także w Polsce będziemy mogli zapomnieć o szybkim wzroście gospodarczym, niskim bezrobociu i wpadniemy w kolejny kryzys?
Z jednej strony mamy jako kraj arsenał środków do obrony przed takim kryzysem. Z drugiej – to nie oznacza, że w ogóle niczego nie poczujemy. Trudno np. powstrzymywać rosnącą inflację, jeśli jedną z najważniejszych jej przyczyn jest epidemia choroby ASF atakującej trzodę chlewną w Chinach. Związane z tym masowe wybijanie stad świń u tego największego producenta mięsa powoduje, że drożeje ono na całym świecie; w ciągu roku pogłowie świń skurczyło się o 15 proc., do 347 mln sztuk. Z naszymi 11 mln nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić.