O funduszu private equity Abris w ostatnich miesiącach jest głośno za sprawą afery, jaka wybuchła z udziałem GetBacku. Fundusz jest w nim głównym akcjonariuszem. Jednak to niejedyna jego inwestycja, bo jest obecny w Polsce od lat i przez ten czas wydał na przejęcia ponad 7 mld zł. Jednym z jego zakupów były banki, które, przechodząc przez lata zmiany w akcjonariacie i procesy łączenia, utworzyły jeden podmiot – FM Bank PBP.

Decyzją Komisji Nadzoru Finansowego Abris (formalnie spółka PL Holdings) został zmuszony do sprzedaży akcji banku i o to toczył się spór. – To sprawa, która obciąża nadzór z czasów Andrzeja Jakubiaka i Wojciecha Kwaśniaka. Pierwotnie groziło nam, że trzeba będzie zapłacić ponad 2 mld zł odszkodowania. Ta kwota jest prawie trzykrotnie niższa, co jest sukcesem, chociaż to wciąż duże pieniądze – mówi osoba z kręgów rządowych, która śledziła przebieg sprawy.

Inwestor miał rację

Piątkowa decyzja sądu apelacyjnego w Szwecji może być jej finałem. Formalnie doszło do oddalenia skargi Polski, która chciała uchylenia wyroków Trybunału Arbitrażowego przy Instytucie Arbitrażu Sztokholmskiej Izby Handlowej. Trybunał orzekł, że inwestor zagraniczny został bezprawnie wywłaszczony i należy mu się za to odszkodowanie na podstawie dwustronnej umowy o ochronie i popieraniu inwestycji zawartej między Polską a Belgią i Luksemburgiem (tzw. umowa BIT). Decyzja o tym, że mamy zapłacić odszkodowanie, zapadła pod koniec września 2017 r. Rząd liczył, że nie trzeba będzie robić sięgającego kilkuset milionów złotych przelewu, bo umowy BIT między krajami członkowskimi UE są niezgodne z unijnym prawem. Dlatego nasza sprawa trafiła do sądu powszechnego w Szwecji.

„Sąd apelacyjny odmówił zarówno uchylenia, jak i stwierdzenia nieważności zaskarżonych wyroków, uchylając jedynie – zgodnie z żądaniem RP – rozstrzygnięcie Trybunału Arbitrażowego w sprawie odsetek za okres poprzedzający wydanie wyroku” – informuje Prokuratoria Generalna. „Od orzeczenia wydanego przez Sąd Apelacyjny w Sztokholmie przysługuje skarga do szwedzkiego Sądu Najwyższego. Szanując wyrok Sądu Apelacyjnego, wskazujemy, że ocena Prokuratorii Generalnej pozostaje niezmienna: wyrok Trybunału Arbitrażowego powinien podlegać uchyleniu m.in. ze względu na niezgodność z prawem unijnym. Wobec tego wyrok Sądu Apelacyjnego zostanie poddany szczegółowej analizie pod kątem możliwości zaskarżenia go do szwedzkiego Sądu Najwyższego” – stoi w odpowiedzi.

Chociaż odsetek w wysokości 200 mln koron szwedzkich (82 mln zł) nie płacimy, to do rachunku trzeba będzie dodać jeszcze wydatki na postępowania przed szwedzkim sądem apelacyjnym, które poniósł zagraniczny inwestor, i te, które dotyczyły samego arbitrażu, co w sumie daje ponad 4 mln euro. Dodatkowo w przelewie na konta Abrisu musimy uwzględnić to, że od listopada 2017 r. narastają odsetki od kwoty odszkodowania z arbitrażu. Dziennie wynoszą one 145 tys. zł. W przypadku negatywnej decyzji szwedzkiego Sądu Najwyższego, której wydanie potrwa co najmniej kilkanaście miesięcy, Polska ryzykuje, że trzeba będzie zapłacić inwestorowi kolejne miliony odsetek.

Ochrona zadziałała

Ciekawostką w sprawie jest to, że wynik sądu apelacyjnego był mocno niepewny. Dzisiaj w wielu krajach członkowskich UE dominuje bowiem przekonanie, że wewnątrzunijne umowy o ochronie inwestycji są nieważne, bo niezgodne z prawem wspólnotowym. To pokłosie głośnego wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z marca 2018 r. w tzw. sprawie Achmea. TSUE nadał swojemu wyrokowi przymiot rozszerzonej skuteczności, co oznacza, że niezgodność BIT z prawem UE powinna być uwzględniania przez sądy państw członkowskich w ramach sprawowanej przez nie kontroli nad wyrokami arbitrażowymi za samoistną podstawę do uchylenia, odmowy uznania lub odmowy wykonania wyroków arbitrażowych. Jednak arbitraż pomiędzy Polska a PL Holdings zaczął się i skończył jeszcze przed wyrokiem TSUE.

Inni też chcą pieniądze

Nie tylko luksemburski fundusz walczy z nami o odszkodowanie. Ze statystyk udostępnionych przez prokuratorię wynika, że toczy się obecnie dziewięć sporów inwestycyjnych. Pozywającymi są inwestorzy z Austrii, Cypru, Czech, Kanady, Luksemburga i ze Stanów Zjednoczonych. Łączna wartość przedmiotu sporu w tych sprawach wynosi ponad 10 mld zł. Ostatnio zaś arbitrażem straszą Polskę zagraniczne banki, których spółki córki będą musiały się wkrótce składać na fundusz służący przewalutowaniu kredytów frankowych.

Sprawa, w której Abris czuł się poszkodowany, ma swoje źródła w 2014 r. Wówczas to decyzją KNF fundusz został zmuszony do sprzedaży swojego banku. Po miesiącach przepychanek prawnych z nadzorem doszło do tego w 2015 r. Kupującym za symboliczną kwotę ok. 30 mln zł był inny fundusz private equity AnaCap. KNF pozostała w tej sprawie nieugięta i nie zmieniała swoich decyzji wymuszających sprzedaż. Miała wiele zastrzeżeń do inwestora, a ten twierdzi, że wszystkie uwagi uwzględniał. Sprawa trafiła do sądu administracyjnego, ale nadzór uchylił decyzję wywłaszczeniową, po tym jak bank został już sprzedany, co zamknęło dalszą drogę sądową.

– KNF utajnia część posiedzenia, podczas której uchyla własną decyzję nakazującą sprzedaż FM Banku. W komunikacie z tego posiedzenia nie znajdziemy ani słowa o uchyleniu decyzji. Zostaje ona jedynie doręczona stronom postępowania – mówi nam osoba znająca szczegóły sprawy.

Nie udało się sprawy załatwić polubownie, więc trafiła do arbitrażu. W DGP opisywaliśmy już, że opinię dla Abrisu przygotował w tej sprawie były szef KNF Stanisław Kluza i podzielił w niej szereg argumentów funduszu, wskazując, że decyzja jego następców w nadzorze była nadmiernie restrykcyjna i można było podjąć łagodniejsze działania.