Prawo ograniczające handel w niedziele weszło w życie rok temu. Miało przywrócić godność pracownikom, wspomóc polski handel w walce o rynek z zagranicznymi sieciami. Dziś jedno jest pewne: przysłużyło się dyskontom i stacjom paliw.
Pani spojrzy. Na naszym bazarku jest osiem pustych boksów, straszą pustymi witrynami. Reszta sprzedających mocno zaciska pasa. Oby jeszcze rok, dwa udało się przetrwać. Pan Wiesław, o, tam, co mięsny prowadzi, chciał interes przekazać synowi. Ale odkąd się wszystko posypało, tylko marzy o tym, by do emerytury doczekać. A potem w cholerę to rzucić. Żal? Oczywiście, a pani nie byłoby żal dorobku życia opuszczać – opowiada Krzysztof Kowalczyk, właściciel sklepu rybnego na warszawskim targowisku. Prowadzi mnie na smutną wycieczkę po okolicy, bo odkąd wprowadzono ustawą zakaz handlu w niedziele, nastroje sprzedawców gwałtownie się pogorszyły.
– Dlaczego? W końcu miała to być ustawa dla was, ludzi pracy, ratująca rodzimy handel, wymierzona w wielkie zagraniczne sieci – pytam. – Jest odwrotnie – odpowiada. Przekonuje, że wcześniej sobota była tym dniem, kiedy stali klienci wpadali na bazarek czy do osiedlowych sklepów. Ustawa zmieniła ich zwyczaje. Teraz w soboty, a nawet już w piątki po pracy, kto może wsiada do auta i jedzie kupować do marketu czy dyskontu. – U mnie w soboty obroty spadły o 40 proc. To bardzo dużo. Pewnie powinienem rozszerzyć działalność, ale przy rybach się nie da. Zapach towaru jest wszechobecny i nikt by mi słodyczy czy pieczywa nie kupił – rozmyśla. Dziś ma do siebie żal, że zasiedział się w jednym miejscu. Bo prowadzi tu sklep od 12 lat. Nie zmieniał niczego, bo nieźle mu szło. Ciężko, ale starczało, by utrzymać rodzinę. Jednak tak złego czasu, jak przez ostatni rok, nie miał nigdy.