W gronie tych, którzy nie są w stanie rosnąć w zapowiadanym tempie, są zarówno giganci z sektora technologicznego, tacy jak Apple czy Intel, jak i firmy z bardziej „tradycyjnych” działów gospodarki – choćby Caterpillar.

Problemy w Chinach to efekt tamtejszego spowolnienia gospodarczego. Jego główną przyczyną jest wojna handlowa. Spadki zysków i notowań giełdowych dużych amerykańskich firm mogą skłonić Waszyngton do łagodzenia konfliktu i szukania kompromisu.

Administracja w Waszyngtonie, podnosząc taryfy celne na towary z Chin, wprowadzając nowe taryfy i wyraźnie sugerując, że w niedalekiej przyszłości może dalej zaostrzać swoją politykę handlową, znacząco osłabiła chińską gospodarkę. Wzrost PKB w 2018 r. był najsłabszy od niemal trzech dekad. Niepewność związana z tym, co może zrobić prezydent Donald Trump, spowodowała, że chińskie firmy stały się ostrożniejsze, zgasła ich gotowość do inwestowania. Ostrożniejsi zrobili się też konsumenci. Setki milionów Chińczyków przestały zwiększać swoje wydatki.

Główna zmiana, jaka zaszła w ostatnich 30 latach w światowej gospodarce, to właśnie wzrost zamożności i wydatków chińskich konsumentów. W 1989 r. kryzys gospodarczy w Chinach był wydarzeniem o charakterze lokalnym. Dziś chińskie spowolnienie gospodarcze przekłada się na problemy w gospodarkach na całym świecie.

Świat zaczął dostrzegać problem, kiedy Apple – do niedawna najbardziej wartościowa firma świata – opublikowała list prezesa firmy Tima Cooka do inwestorów. Cook ogłaszał w nim wyraźne obniżenie prognoz finansowych spółki, tłumacząc ten ruch m.in. słabością na „niektórych rynkach wschodzących”. Dalej pisał, że ta słabość okazała się znacząco większa, niż wcześniej zakładał. Po czym rozwiał wszelkie wątpliwości co do tego, o jakie rynki chodzi: wyjaśnił, że za całość spadku przychodów odpowiada sytuacja w Chinach. Tim Cook wytłumaczył w swoim liście także to, dlaczego gospodarka chińska zwalnia, wskazując jednoznacznie na rosnące napięcia handlowe ze Stanami Zjednoczonymi. Jego zdaniem obawy związane z tymi napięciami zaczęły się przekładać na decyzje konsumentów i w efekcie ruch w chińskich salonach Apple’a zdecydowanie zmalał.

Szybko okazało się, że problemy czołowego światowego producenta smartfonów przekładają się też na inne spółki z branży technologicznej. Kolejną firmą alarmującą o problemach w Chinach był Intel – producent mikroprocesorów. Jego główni klienci to wytwórcy smartfonów i firmy, które budują duże bazy danych. Mniejsza sprzedaż Apple’a w Chinach to ograniczenia w produkcji, a więc i mniej zamówień na mikroprocesory. Intel do niedawna skutecznie bronił się, zwiększając sprzedaż chipów dla baz danych. W minionym kwartale jednak także ta część biznesu Intela poważnie rozczarowała, a spółka w swoim raporcie tłumaczyła, że to efekt mniejszego popytu z Chin. Bo to stamtąd pochodzą jedni z największych klientów Intela, tacy jak na przykład firma Baidu. Wygląda na to, że w sektorze technologicznym przed spowolnieniem gospodarczym w Chinach nie da się uciec w żaden sposób.

Firmy z branży technologicznej są zazwyczaj bardzo rentowne, mają wysokie marże. W ich przypadku kryzys oznacza co najwyżej zahamowanie wzrostu i mniejsze zyski. Do strat wciąż daleko. W prawdziwą konsternację globalny rynek finansowy wpadł dopiero po publikacji wyników przez spółkę Caterpillar.

Ten obecny na każdym kontynencie producent buldożerów i innego sprzętu wykorzystywanego w przemyśle i sektorze budowlanym pokazał wprawdzie zysk – zarobił w 2018 r. ponad miliard dolarów, ale wyniki za IV kw. były poniżej wcześniejszych oczekiwań. Tutaj, podobnie jak w przypadku Apple’a, za rozczarowanie wynikami odpowiada rynek chiński. Sprzedaż w Azji w segmencie budowlanym spadła o 4 proc. Z komentarza spółki wynika, że gdyby nie inne rynki azjatyckie, to wynik byłby jeszcze gorszy. Tu też nie ma mowy o natychmiastowej katastrofie. Ale inwestorzy się przestraszyli, bo Caterpillar od lat funkcjonuje jako nieoficjalny wskaźnik globalnej koniunktury. To firma, która jest wszędzie i działa w branżach kluczowych dla tej bardziej tradycyjnej gospodarki, zatrudniającej znacznie więcej ludzi niż branża wysokich technologii.

Część obserwatorów uspokaja, że obawy są na wyrost. To tylko kilka dużych korporacji przez spowolnienie gospodarcze w Chinach zarabia trochę mniej, niż oczekiwali amerykańscy inwestorzy. Ale jest tu jednak istotny dodatkowy wątek. Amerykańskie spółki, które ucierpiały na rynku chińskim, dość wyraźnie tracą na wartości na giełdzie. Akcje Caterpillar po publikacji wyników spadły w ciągu dnia o 9,1 proc. Apple po obniżce prognoz stracił prawie 10 proc.

Notowania spółki Nvidia – producenta procesorów graficznych kluczowych dla komfortu ludzi grających w gry komputerowe – po publikacji wyników zepsutych przez spowolnienie w Chinach poszły w dół o prawie 14 proc.

Amerykańska giełda swoje rekordy wszechczasów biła ostatni raz we wrześniu 2018 r. Od tamtej pory indeks S&P 500 spadł o 20 proc., po czym zaczął odrabiać straty. Istnieje ryzyko, że przez problemy spółek z USA na chińskim rynku o wzrosty cen akcji będzie trudniej.

To problem m.in. dla Donalda Trumpa. Od początku swojej kadencji w Białym Domu sprawia on wrażenie, jakby poziom giełdowych indeksów był jednym z najważniejszych wskaźników jego prezydentury. Być może uważa, że jeśli hossa powróci, to łatwiej będzie mu wygrać kolejne wybory w 2020 r. Jeśli więc teraz zauważył, że jego własna wojna handlowa z Chinami to czynnik, który hossę na giełdzie utrudnia, może będzie bardziej skłonny tę wojnę załagodzić.

Wiele wskazuje na to, że to się już dzieje. W ostatnich dniach Chiny i USA powróciły do rozmów handlowych. Przełomu nie osiągnięto, mowa jednak o postępie. Zapowiedziano kolejną rundę rozmów na wysokim szczeblu za kilka dni w Pekinie.

Okazuje się, że dzięki mniejszym od oczekiwań Wall Street zyskom amerykańskich spółek świat może uniknąć eskalacji chińsko-amerykańskiej wojny handlowej, która nieuchronnie prowadziłaby w stronę globalnej recesji.